Opowiadania III
Księga Upiorów: Aptekarz z ulicy Bosackiej numer dwa i Obietnica
Z czasem ma się ona wypełnić następnymi opowiadaniami! Miejmy nadzieje, że nie zabraknie mi pomysłów!
Księga Upiorów: Aptekarz z ulicy Bosackiej numer dwa
W roku 1921 przybyły z Wielkopolski na Śląsk aptekarz, pan Józef Mrozik, dostał upragnioną koncesję na otwarcie nowej apteki przy ulicy Bosackiej, numer dwa w mieście Racibórz, prowincji Górnego Śląska. Wystawił ją Starszy Prezydent tej prowincji.
Pan Józef, zakupiwszy dom i działkę, w którym na parterze znajdowały się pomieszczenia apteczne, przeprowadził się do niego i po paru tygodniach, czuł się w nim, jakby przeżył tam co najmniej pół życia.
Apteka, którą prowadził, zajmowała się przygotowywaniem i dystrybucją wszelkiego rodzaju receptur. Sprzedawał w niej zarówno leki alopatyczne i biochemiczne, jak i homeopatyczne. U niego zakupywano środki pielęgnacyjne oraz bandaże i opaski, kompresy i plastry.
Przeprowadzał też różnorakie zabiegi i badania chemiczne i farmaceutyczne, przepisane pacjentom przez tamtejszych lekarzy.
Pan Józef był wdowcem około czterdziestki, mężczyzną o drobnej posturze i rzadkim blond owłosieniu, skromnym i pracowitym, który unikał towarzystwa ludzi, a szczególnie kobiet. Gdy wścibscy pytali, jakie są tego przyczyny, nie odpowiadał. Spuszczając głowę i skubiąc przy tym koniec zgrabnie przystrzyżonego wąsika, przewracał tylko oczyma, dając do zrozumienia, że nic na to nie można zaradzić, gdyż takie są wyroki boskie. Gdy zaś na niego nadal nastawano, by się określił, podpierał głowę ręką i drżącym i zrezygnowanym głosem powtarzał z uporem „sic fata volunt, sic fata volunt...”.* Zapadał przy tym w stan takiego odrętwienia, że przez następne piętnaście do dwudziestu minut nie można było z niego wydusić ani jednego innego sensownego zdania.
Na ulicy widywano go tylko, gdy wieczorami chadzał do „Restauracji nad Odrą”, w której jadał i zaopatrywał się w prowiant. W soboty już o późnej porze wstępował poza tym do tej samej restauracji na piwo i wtedy też chętnie przebywał dłużej w męskim towarzystwie przy dwóch lub trzech kufelkach. Nikt nie umiał sobie wytłumaczyć tego, jak dawał radę w niedzielę już o siódmej rano brać udział we mszy świętej, w Kościele św. Jana Chrzciciela. Kompani z knajpy bowiem zapewniali wszystkich, że pić nie może. Pan Józef jednak z powagą przystępował co niedzielę do Komunii Świętej i wszystkie kumoszki łamały sobie głowy nad tym, z czego w ogóle mógł się spowiadać?
Poza tym odwiedzał on także regularnie w tygodniowych odstępach zakład barbierski przy ulicy Zamkowej. Strzyc i golić mógł go jednak tylko właściciel zakładu.
Dwa razy w tygodniu przychodził do niego posłaniec z pralni, by odebrać i przynieść pościel i ręczniki, odzież i bieliznę. Gosposię zaś, która ogarniała większy bałagan w domu, wpuszczał do mieszkania na parę godzin raz na tydzień. Ta sprzątała zawsze pod jego osobistym nadzorem.
I tak czas mijał niepostrzeżenie, lecz także i nieubłaganie...
Dziesięć lat mieszkał już i pracował w swej raciborskiej aptece. Ludzie przyzwyczaili się do jego obecności i po jakimś czasie nie wzbudzał w nich żadnego bliższego zainteresowania.
I tak prawdopodobnie do śmierci nikt by o nim więcej nie usłyszał, gdyby nie... pewien krótki i niedoszły, ale za to już od początku burzliwie zapowiadający się romans...
Te zdarzenia miały miejsce we wrześniu roku 1931, kiedy do Raciborza przybyła pani Kazimiera Piontek, osoba około czterdziestki, obdarzona nad wyraz impulsywnym temperamentem.
Pani Kazia, świeżo upieczona wdowa, odwiedzając Bosacką aptekę, zaraz zwróciła uwagę na pana Józefa i wszystko wskazywało na to, że odnalazła swą drugą połówkę i nie miała zamiaru już długo wdową pozostać.
Pan Józiu poinformowawszy się, kim jest i co mogłaby do wspólnego pożycia wnieść, także nie pozostał na jej zaloty obojętnym i już od miesiąca je odwzajemniał.
- Dam pani ziółek przedniej jakości, najlepszego sortu. – Oznajmił, ważąc i pakując do torebek pachnący rumianek i szałwię. Pani Kazimiera nie skrywała bowiem chęci bliższego poznania wdowca.
- Jak zawsze panie Józefie.
- Tak, jak zawsze.
- A ile się należy?
- Drobnostka, pani Kaziu. Nie ma o czym mówić. Pójdzie na koszt apteki.
- Nie mogę na to pozwolić. Nie zarobi pan na życie, jak będzie pan tyle rozdawał. To już drugi raz w tym tygodniu!
- Oby tylko wyszło pani na zdrowie.
Pan Józef podał jej pokaźne zawiniątko. Ona zaś kokieteryjnie poprawiając kapelusik i fryzurę, obróciła się na pięcie i powiedziała, przeciągając.
- Ładnie tu u pana w aptece. – Rozwiązała aksamitny szalik i odpięła dwa guziki płaszcza u szyi. – Jak w domu. Przytulnie i miło. Aż chce się usiąść i odpocząć.
- Zaraz usłużę. - Podsunął jej szybko krzesło, które stało przy ladzie pod ścianą.
- Jak teraz usiądę, panie Józefie, to nie będę chciała wrócić do pustego mieszkania. I kogo to będzie wina?
- Chyba nie moja, pani Kaziu!
- Mój Edziu, świętej pamięci, też mi tak zawsze mówił!
Pan Józiu zarumienił się jak nastolatek, ona zaś ciągnęła.
- Edziu, mąż mój nieboszczyk, był bogobojnym mężem i nad wyraz cnotliwym. – Zrobiła głęboki wdech, uniosła oczy w górę i położyła prawą rękę na rozłożystej piersi. – Tak mi jego brakuje.
- Tak, tak... – przytaknął zaraz. – Smutek ogarnia duszę, kiedy ta sama na tym świecie... jak palec, bez drogiej osoby, bez podpory... – z rozrzewnieniem wyraził swe głębokie współczucie.
Zaraz też dodał.
– Ale przecież tak nie musi pozostać, droga pani Kaziu. Człek nie został stworzony do tego, by być eremitą...
Pani Kazia pocieszona jego słowami rozsiadła się wygodnie na krześle, zdjęła kapelusz i położyła go na ladzie, i wyglądało na to, że nie ma zamiaru szybko opuścić apteki. Przynajmniej do czasu, gdy w niej pojawią się klienci, co jednak zawsze następowało od około południa. Wczesnym rankiem bywali prawie zawsze sami. Pan Józef był wtedy zajęty wyborem składników do recept, mieszaniem wszelkiego rodzaju odwarów, wyciągów i nalewek.
- Wieczorami grywał mi na klarnecie... Chopina... – znienacka znowu podjęła temat, pociągając głośno nosem.
- Chopina? – zapytał niespokojnie.
- A..., Chopina może nie... tylko...? Kogo to miałam na myśli? – trochę się speszyła. – Niech mi pan pomoże, uszło mi nazwisko tego znakomitego twórcy. Poproszę też o chusteczkę. Moją, zdaje się, że diabli wzięli... to znaczy... że chyba zgubiłam...
Pośpiesznie wyjął z kieszeni kitla chusteczkę i jej podał.
- Dziękuję – wyczyściła nos. – Jak mu tam było, temu znanemu kompozytorowi?
- Może Mozart?
- Tak, tak, mój panie, grywał mi Mozarta... mój złoty. Pan to jest światowy. Na klarnecie tego ... Mozarta.
- Czytało się to i owo – przyznał pan Józiu wstydliwie. Odstawił na bok białożółtawy proszek bromku amonu, by go rozpuszczając w etanolu nie przedawkować i ciągnął dalej. – Ja sam nie grywam. Nie miałbym jednak nic przeciwko temu, by w przyszłości pójść z panią na koncert... Rozumie się od czasu do czasu, pani Kaziu.
Ucieszyła się, podniosła się z krzesła i chwyciła kapelusz.
- Ale się u pana zasiedziałam. Przepraszam! Zawracam panu niepotrzebnie głowę! A tu praca... i zaraz przyjdą klienci.
- Nie szkodzi. Miło jest spędzić czas z taką cudowną osobą jak pani.
- Ach, teraz doprawdy muszę już iść! Dziękuję! To do widzenia, jutro... jutro znowu do pana wpadnę.
Pani Kazia chwyciwszy torebki z ziołami, wybiegła z apteki, przyciskając te mocno do piersi.
Pan Józef nie powrócił już do mieszania mikstury, lecz pokręcił się po aptece wte i wewte, popoprawiał potrącone przez panią Kazimierę pudełka i słoje.
- Na szczęście nic dzisiaj nie zbiła – powiedział półgłosem do siebie, kiwając potakująco głową.
Obejrzał dwa razy półki przy oknie wystawowym i przy drzwiach. Potem przewrócił wiszący na drzwiach szyld apteki na „zamknięte”, przekręcił klucz w zamku i udał się pośpiesznym krokiem do piwnicy.
- Ciekawe, kiedy znowu przyjdzie? – mruknął do siebie pod nosem, zatrzymawszy się na chwilę w ciemnym korytarzyku. – Rumianku i szałwii powinno jej starczyć na co najmniej cały miesiąc... moja strata.
Nazajutrz pani Kazimiera przyszła znowu.
- Musiałam przecież zwrócić panu chusteczkę – powiedziała niewinnie. – Dni są teraz ponure, jesienne, listopad się zaczął. Można nabawić się kataru. Niech pan popatrzy, wyprana, świeżutka, że aż pachnie. Niech pan powącha, panie Józiu. Nowy zapach mydła!
- Tak. Przyjemnie pachnie. Niebiańsko... Sam Apostoł Piotr, by się nie powstydził takiej używać. – Wyczytał to w jakiejś reklamie i teraz uważał za stosowne ją tutaj zacytować.
- Mój Boże! Tak mi teraz na myśl przychodzi... – wykrzyknęła nagle. – A jeśli on tam w niebie, panie Józiu, już jakąś ma? Przecież wiadomo, że chłop długo bez baby nie wytrzyma... Nie przebaczyłabym mu tego! Drań! Szuja!
- Ale kto, pani Kaziu?
- No, jak to kto? Mój zmarły mąż, Edziu!
- Ależ pani Kaziu – żachnął się mężczyzna. - Przecież nie w niebie! Tam same czyste duszyczki doznają wiecznego pokoju. Nie może być, by Edziu tam jakąś zbajerował.
- Nie myślałam o niewiastach. Edziu, nie okryłby mnie taką sromotą. Takiego wstydu wśród aniołów. Tylko jakąś anielicę. Taka zołza to by dała radę każdego chłopa na manowce zaprowadzić.
- Nie jest to prawdopodobne, moja droga. Niepotrzebnie się pani zamartwia, pani Kaziu. Anieli są bezpłciowi... To znaczy, że nie ma aniołów ani męskich, ani żeńskich.
- Co pan powiada? – zapytała podnieconym głosem. - I to jest na mur beton pewne?
- Najzupełniej. Jestem aptekarzem. Znane mi są tajniki wszystkich istot bożych, nawet aniołów.
Odetchnęła z ulgą.
- To mnie pan uspokoił. Nie, żebym się bała lub nie ufała Edziowi... Jednakże wie pan, panie Józiu, grzechy są częścią ludzkiej natury. Pan to jest uczony... wybitny... No i widać, też ... prawy.
Pan Józef uśmiechnął się pod nosem. Pomału tracił już cierpliwość, nie mógł jednak tego okazać. Ujmując ją za rękę, by zmienić przebieg rozmowy, zaproponował szybko.
- Pani Kaziu! Albo lepiej Kaziu! Jeśli mogę... przecież mogę Kaziu do ciebie mówić? Kaziu, znamy już się od miesiąca.
- Tak, Józiu – opuściła z zawstydzeniem głowę. – Możesz.
„Czas ponagla”, pomyślał. Przybliżył się do niej, chciał wziąć ją w objęcia. „Trochę przygruba, ale co mi tam. Jak mus to mus. Dla mojej ukochanej zrobię wszystko”...
W tej chwili wszedł jednak do apteki starszy posterunkowy Malecha. Pan Józef, jak oparzony odskoczył od pani Kazi. Poprawił kitel i z nieswojską miną spytał policjanta, czego ten sobie życzy.
Malecha poprosił o jakieś proszki na przeczyszczenie i aptekarz obsłużył go pośpiesznie.
Policjant, wychodząc, puścił znacząco do niego oczko i pan Józef przez chwilę zachodził w głowę, co ten miał na myśli. Znowu podszedł do Kazimiery, która szukała teraz gorliwie czegoś w koszu z aptecznymi nowościami dla pań.
- Kaziu, pozwól się objąć.
- Ależ w żadnym wypadku! – prychnęła Kazia jak kapryśna kotka. Jednak pohamowała się zaraz. - Józiu, miej dla mnie szacunek. Na objęcia będziemy mieć dość czasu... jak zostanę twoją żoną.
Pana Józia aż zatkało.
- Jak zostaniesz moją żoną... – Z trudem opanował głos. – Masz rację, duszko... masz świętą rację.
- Józiku, a może tak byśmy kiedyś wyszli na spacerek?
- A na spacerek... kiedyś? – z trudem wystękał. – Na spacerek... to po ślubie, duszko. Lepiej by nas ludzie teraz razem nie widzieli. Nie chcę, by wzięli cię na języki.
- Ach, ty o wszystkim myślisz – powiedziała zawiedziona. „Na dziś mi starczy”, pomyślała i pożegnawszy się i przesyłając mu tylko ręką całusa, wyszła z apteki.
Pan Józef został sam. Odłożył pośpiesznie przyniesione wczoraj recepty, przeszedł do drzwi wejściowych i popoprawiał trącone przez panią Kazię pudełka, zamknął aptekę i udał się do piwnicy.
Nie zapalił światła, za to stojącą przy drzwiach świeczkę. Emilka nie lubiła elektryczności. Krętymi kamiennymi schodami schodził, przytrzymując się drewnianej, obślizłej z wilgoci poręczy. Głowę musiał na schodach schylać, gdyż strop był tam niski.
Wszedł do dużego i zimnego wnętrza. Prawie po omacku zapalił szereg stojących tam gromnic. Dopiero w ich świetle zobaczyć można było całe pomieszczenie.
W jednym z kątów stał duży drewniany, fryzyjski zegar z ceramiczną tarczą i ręcznie malowanym werkiem. Ten jednak nie chodził. Zatrzymano jego wskazówki na godzinie dwunastej trzynaście. W innych kątach pomieszczenia stały stare, poprzewracane krzesła i rozebrany na części kredens, a za nimi olbrzymie i masywne drewniane skrzynie.
Na środku, na szerokim drewnianym podwyższeniu stała otwarta bogato rzeźbiona trumna. W niej leżały wyschłe już i poczerniałe zwłoki młodej kobiety. Ubrana była ona w bardzo piękną i wykwintną suknię, która jednak z upływem lat pożółkła i złachmaniła. Jej włosy uczesane pośmiertnie w wysoki kok, okalały teraz w nieładzie jej twarz. Z niegdyś pięknej twarzy pozostała tylko sucha, ciemna złuszczona skóra, i nagie kości policzkowe. Na zapadłych już powiekach ułożono kamyki z narysowanymi oczyma. Kość nosowa opadła do wnętrza czaszki, a z zapadłych ust kobiety wystawały pożółkłe zęby i kość szczękowa.
Aptekarz pochylił się nad nią, ujął z namaszczeniem sztywną, ale dobrze zakonserwowaną rękę kobiety i pocałował.
- Emilko, najdroższa! Obudź się. Jestem – wyszeptał.
Nie minęła nawet minuta, gdy nad zwłokami ukazała się biała kobieca postać. Była ona na pół przezroczysta, chuda i wysoka, sięgała aż po sufit. Pan Józef, choć odwiedzał ją prawie co dzień, zadrżał na całym ciele.
- Emilko, niedługo już ją tobie przyprowadzę! Bądź cierpliwa.
- Dlaczego to trwa tym razem tak długo?
- Emilko, staram się przecież. Jednakże muszę być ostrożnym. Nie mogę wzbudzić w nikim żadnych podejrzeń.
- To postaraj się szybciej! – zjawa wrzasnęła, gwałtownie się ku niemu pochyliwszy. Skulił się w sobie, zatkał uszy dłońmi.
Jej matowe oczy zaświeciły się teraz jak u wilka.
– Muszę ją mieć! Nie mogę dłużej czekać! Chyba nie chcesz, by stało ci się coś złego?
- Nie! Postaram się. Następnym razem, gdy przyjdzie ... przyprowadzę ją do ciebie. Przygotuję wszystko, jak się patrzy. Obiecuję.
Upiór uspokoił się, znowu się wyprostował.
- Nie przeszkadzaj mi teraz! Jutro chcę ją mieć! Nie przychodź już bez niej. Zrozumiałeś? – Zaraz jednak też zapytał.
– Powiedziałeś, że jest to wdowa?
- Tak. Straciła męża przed czterema miesiącami.
- Dobrze. Takie lubię. Ich aura jest bogata w smutek i rozpacz. A wspomnienie wylanych łez jeszcze świeże.
- Nie wiem... – zaczął, lecz urwał w pół zdania, jakby się nad czymś zastanawiał. Rozmyślił się jednak po chwili, przełknął ślinę i pomału dokończył. – Nie wiem... czy to będzie jutro, ale przyprowadzę ją do ciebie następnym razem. Zaufaj mi!
Po tych słowach mężczyzna się ożywił.
- A teraz mi ją pokaż! Pokaż mi teraz jej twarz! Tę sprzed piętnastu laty.
- Musisz się przy mnie jak zawsze położyć. To będzie jednak ostatni raz, jeśli jej nie dostanę! Zapamiętaj to sobie!
Mężczyzna położył się posłusznie na podwyższeniu, tuż obok trumny i zamknął oczy. Upiór pochylił się nad nim, wyciągnął długą nogę i przeskoczywszy kant trumny, usiadł na jego piersi. Przygniótł go całym swym ciężarem, chwycił chudymi rękoma za szyję i zaczął dusić. Aptekarz nie mogąc złapać powietrza, otworzył oczy, a mara przybrała postać jego żony.
Widział ją teraz młodą i piękną, taką, jaką ją kiedyś znał, za życia. Wyciągała do niego ręce i prosiła, by z nią zatańczył. Śmiała się głośno, wołała po imieniu. „Józiu, Józiu, chodź do mnie! Gdzie jesteś”?
Nie trwało to jednak długo. Gdy się do niego zbliżyła, posmutniała.
„Dlaczego mi to robisz, Józiu? Dlaczego uwięziłeś tu moją duszę? Czy nie widzisz, jak cierpię”?
W tej samej chwili upiór przestał go dusić i wskoczył z powrotem do trumny.
Pan Józef kaszlał i stękał. Stoczył się z desek na zimną podłogę. Szybko powstał. Złapał się jedną ręką za gardło, drugą bił mocno w piersi, próbując odzyskać normalny oddech. Był znowu sam ze zwłokami w trumnie. Upiór znikł.
- Emilko, nie odchodź! Zostań przy mnie! Nie odchodź... Wiem. Jestem przeklęty na wieki i godny potępienia. Jednakże tak bardzo cię kocham...
Padł na kolana, zwinął się w kłębek i płakał.
- Zostań... zostań, proszę... Zostań ze mną lub weź mnie do siebie...
Następnego dnia wypatrywał on panią Kazię z lekkim podenerwowaniem. Często otwierał w ciągu dnia drzwi apteki, choć było mroźno i wychodził na ulicę lub też wyglądał przez okna wystawy.
Ta odwiedziła jednak aptekę dopiero po trzech dniach. Pan Józef nie ukrywał radości, gdy ją zobaczył.
- Gdzie się podziewałaś, Kaziu?! Już myślałem, że może zachorowałaś?
- Nie, Józiczku. Jestem całkiem zdrowa. Tylko znowu mnie naszła chandra... Zatęskniłam znowu za Edziem. – Wyjęła z kieszeni płaszcza chusteczkę i otarła łzy.
- W takich chwilach nie musisz być już sama. Teraz masz mnie. Kaziu, przygotowałem dla ciebie niespodziankę. – Podał jej koszyczek owinięty w ozdobny papier. – A i na chandrę zaradzi.
- Co to jest?
- Otwórz sama i zobacz.
Pani Kazia niepewnie rozwiązała wstążki i odwinęła prezent.
- Wódeczka? – spytała, wyjmując z koszyka małe buteleczki.
- Tak. Swojaczek. Sam uwarzyłem i trzy razy destylowałem. Przyprawiona ziołami. Wszystko własnej roboty i pierwszej jakości. Prawdziwy spirytusik! Wypijmy, wyjdzie ci na zdrowie.
Zaproponował i wyjąwszy dwie buteleczki, otworzył obie i jedną jej podał. Wypili.
- Mocna – przyznała. – Dobra.
- W piwnicy mam więcej. Może byś ze mną zeszła?
- Aa? No, to ją przynieś sam, Józiu. Po co ja mam tam schodzić?
- No, chodź! Nastawiłem nowy zacier. Właśnie fermentuje. Nie bój się, nic ci się nie stanie.
Pani Kazia odstawiła koszyczek. Pan Józiu zamknął drzwi apteki na klucz, był jakiś taki podekscytowany, zauważyła. Jemu z trudnością udawało się to skrywać. Wyciągnął przed siebie lewą rękę i pokazywał nią drogę do piwnicy, prawą poklepywał z nerwów swój bok.
- Tędy.
Zapalił z ociąganiem świeczkę i przeprowadził Kazimierę przez wąski korytarzyk. Już w drzwiach piwnicznych czuć było dość silny i ostry, drażniący oczy i płuca zapach formaliny.
- Światło się zepsuło. Uważaj na głowę, bo stropy są niskie i na schody, bo kręte – tłumaczył kobiecie i kiwał na nią nerwowo ręką.
Pani Kazimiera cofnęła się bowiem w tym czasie o krok. Schodzili właśnie na dwa pierwsze schody, gdy zawołała.
- Józiu, powietrza mi potrzeba! Szybko na górę!
Wybiegła z piwnicznego korytarzyka, przez wąski korytarzyk do pomieszczenia dla klientów. Otworzyła drzwi wejściowe od apteki. Wzięła głęboki wdech, wymachując przy tym energicznie prawą ręką.
- Udusić można się od tych aptecznych zapachów, Józiu!
Józek jak najszybciej pogonił na górę za nią. Był zaskoczony nagłym obrotem wydarzeń i bardzo zawiedziony.
„Cholerne babsko”, pomyślał.
Pani Kazia jednak już zawróciła i wyszła mu naprzeciw.
- Kaziu, to tylko formalina, środek antyseptyczny i odkażający. Potrzebny jest do konserwacji i przechowywania preparatów. Przyzwyczaisz się. Zatkaj sobie nos.
- Już mi jest lepiej, możemy znowu zejść.
- To dobrze – ucieszył się szczerze.
Zaraz też zeszli na nowo schodami na dół i stanęli na środku mrocznego pomieszczenia. Pan Józef zostawił tam towarzyszkę i zapalił świeczką stojące nieopodal gromnice. Cały czas ręce mu drżały, a co jakiś czas ciałem jego wstrząsał lekki dreszcz. Pani Kazia przyłożyła otwartą dłoń do oczu i na wpół je zakryła, by szybciej przyzwyczaić się do piwnicznego półmroku.
W pomieszczeniu piwnicznym zrobiło się jaśniej. Pomału świece chwyciwszy ogień, zapłonęły równomiernym i silnym płomieniem. Aptekarz jakby zapomniał, że nie przyszedł tu sam. Klęknął teraz przed trumną, jakby chciał się pomodlić i chwyciwszy rękę martwej kobiety, zaczął budzić upiora.
- Przyprowadziłem ją – wyszeptał. Pocałował zwłoki w czoło.
Pani Kazia o dziwo, nie była zaskoczona tym, co zobaczyła. Z doświadczenia wiedziała, co dalej nastąpi i stała spokojnie w wyczekiwaniu. Długo przygotowywała się na to spotkanie.
Zaraz też, po pocałunku mężczyzny nad zwłokami martwej kobiety pojawiła się zjawa. Upiór w mgnieniu oka urósł do rozmiarów piwnicy i zobaczywszy ją, rzucił się w jej kierunku. Odskoczyła w tej samej chwili na bok. Mimo to poczuła bolesne ukłucie w prawym ramieniu. Aż zasyczała. Zdążył ją zranić swym ostrym jak brzytwa pazurem.
Martwiec cofnął się, poirytowany.
- To nie jest żadna wdowa! Poza tym czuć ją czosnkiem i cebulą!
To, co się teraz stało, nastąpiło bardzo szybko.
Pani Kazia dwoma sprawnymi ruchami zrzuciła z siebie płaszcz. Do całego jej ciała poprzywiązywane były pędy czosnku i cebuli. Zrywała je i rzucając na podłogę, rozdeptywała żelaznymi obcasami. I tak cała piwnica napełniła się w mgnieniu oka zapachem świeżego czosnku.
Martwiec zawył! Jego nozdrza płonęły żywym ogniem. Próbował zakryć je rękoma.
Pan Józef zaskoczony zawołał.
- Co się tu dzieje?
Oszalały z bólu upiór chciał rzucić się teraz na niego.
- Zapłacisz mi za to! – krzyknął.
Nie zdążył, gdyż pani Kazia wydobywszy spod bluzy, z podtrzymywanej szerokim pasem kabury pistolet, stanęła w pochylonej do przodu pozycji i w mig wyciągnąwszy obie ręce, strzeliła nim pięć razy. W magazynku broni miała srebrne naboje. Te utkwiły w ciele upiora, tak, że natychmiast stracił on swą przeźroczystość. Zwijał się teraz z bólu i wył, jednakże jeszcze nie zniknął.
W tym samym czasie usłyszeli odgłosy biegnących po schodach ludzi. Do piwnicy wpadli starszy posterunkowy Malecha i posterunkowy Proszke, a za nimi inspektor Kokoszka z hiszpańską machetą* i jeszcze jeden policjant z młotkiem i wielkimi na całą dłoń gwoździami.
Malecha i Proszke trzymali w rękach pokaźne worki z makiem. Błyskawicznymi ruchami zaczęli go rozsypywać po kątach.
Upiór zamarł w bezruchu zdezorientowany nową dla niego sytuacją. Rzucił się na mak. Jak oszalały zaczął go zbierać.
Inspektor Kokoszka tylko na to czekał, doskoczył do trumny, rozwalił jej boki paroma cięciami machety i następnym cięciem z wielkim zamachem odrąbał za jednym razem głowę trupa. Zwinnie chwycił ją w ręce, obrócił twarzą do dołu i włożył umarłej między nogi. Policjant z młotkiem przybijał już zwłoki do trumny.
Upiór wijąc się w agonalnych konwulsjach i wyjąc z całych sił piskliwym głosem, zrobił się znowu na pół przeźroczysty i po niecałej minucie znikł.
- Co się tu dzieje? Co to znaczy? – krzyczał podekscytowany aptekarz. Nadal nie rozumiał, skąd tu się wzięli policjanci i co w ogóle robią w jego piwnicy.
Dopiero teraz ktoś na górze zapalił w piwnicy światło. Okazało się bowiem, że trzeba było wpierw naprawić uszkodzone przewody.
- Dobra robota, pani inspektor! – Odetchnął inspektor Kokoszka i zwrócił się do pani Kazimiery z uznaniem. – Nietypowa... Muszę przyznać... Nigdy bym nie uwierzył, gdybym sam teraz tego nie przeżył... Jednak wyjdźmy już stąd, bo się uduszę. Weźcie też pana Mrozika.
Policjanci chwycili aptekarza pod pachy i ciągnęli do wyjścia. Ten opierał się ze wszystkich sił, nadal nie rozumiejąc, co się stało. Na górze roiło się od funkcjonariuszy.
Pani Kazia chwyciła się za ramię i znowu syknęła. Z ramienia płynęła krew, choć rana na szczęście nie była głęboka.
- Jesteście ranni?
- To tylko małe draśnięcie pazurem...
- Pokażcie.
Inspektor spojrzał na ramię.
- Zagoi się – pani Kazia odpowiedziała spokojnie i pochyliła się, by podnieść z podłogi swój płaszcz. – Jedna wódeczka za dużo... Nie powinnam była pić przed pracą... i to na pusty żołądek... Ale hopla, wyjdźmy stąd, bo się udusimy.
- Każę zaraz zadzwonić po felczera. Musi to zobaczyć. Jeszcze się zakazi, czy też co innego...
- Nie trzeba – odpowiedziała. – Jesteśmy w aptece. Poradzę sobie... Sama zdezynfekuję... na koszt mego niedoszłego, pana Józia.
Oboje zaśmiali się.
- Zabezpieczcie miejsce zbrodni i przeszukajcie wszystkie pomieszczenia. – Rozkazała pani Kazimiera, gdy do piwnicy wszedł sierżant.
- Tak jest! – Zasalutował.
Tego, co potem zaszło, nikt nie przewidział.
Na Komendzie Powiatowej Policji wrzało! Wszyscy byli poruszeni i to nie tylko tą akcją. Oprócz trumny z denatką znaleziono jeszcze inne ofiary, którymi wypełnione były stojące w piwnicy wielkie skrzynie.
Sprawa nabrała rozgłosu. Reporterzy oblegali komisariat.
Zabezpieczono szczątki i kości około dziesięciu osób, które należały prawdopodobnie do rodziny żony pana Mrozika. Te przywiózł on ze sobą z Wielkopolski.
Post mortem próbowano zidentyfikować także i inne ofiary. Było ich z trzydzieści z samego Raciborza, w tym cztery wdowy, których zaginięcie zgłoszono w ostatnich dwóch latach. Zabezpieczono pozostałe po nich rzeczy osobiste. Jedną z ofiar była przyrodnia siostra inspektora Kokoszki.
- Pozostali są dla nas jeszcze zagadką – wywodził się Malecha. – Wydaje się, że większość należy do bezdomnych i włóczęgów.
- Dlaczego zabijał wpierw wszystkich, a potem tylko wdowy? – pytali się policjanci.
- Dzięki temu, że upiór zmienił swe upodobania, trafiliśmy na ślad aptekarza. – Ocierał łzy Inspektor, wspominając siostrę. - Ewusia bowiem prowadziła pamiętnik. Z jej zapisków wywnioskowałem, że pan Mrozik dowiedziawszy się, że została wdową, okazał jej żywe zainteresowanie. Był też ostatnią osobą, o której pisała... Dlatego sprawdziliśmy kontakty innych wdów.
- Ale jak mógł w ogóle tam żyć i pracować. Musieliśmy nałożyć maski i do dziś wietrzymy piwnicę.
- Już dawno stracił węch...
- A upiór? Skąd wiedzieliście, że chodzi tam o upiora?
- Ja sam nigdy bym tego nie odgadł. Podobny przypadek zdarzył się w Opolu. Skontaktowałem więc panią inspektor Kazimierę Piontek i ona mnie przekonała. Zresztą, nie wierzyłem jej, choć miała podobne przypadki zaginięcia wdów. Warto było jednak spróbować. Pani inspektor zajmuje się niewyjaśnionymi do końca precedensami z pogranicza zjawisk paranormalnych. Zna się na tym, trzeba jej przyznać... – Pokiwał głową z uznaniem.
Policjanci cieszyli się wyjaśnieniem okoliczności zaginięcia wdów i unieszkodliwieniem upiora. Jeszcze długo rozmawiano o pani inspektor z Opola i o kolegach, którzy jej pomogli.
Po trzech tygodniach odbył się cichy pogrzeb pani Emilii Mrozik i jej rodziny. Msze żałobne za nich i za pozostałe ofiary odbyły się w Kościele św. Jana Chrzciciela. Ciała złożono jednak do grobów na cmentarzach poza miastem i tylko prokuratura miejska wiedziała gdzie. Chciano bowiem uniknąć pielgrzymek ciekawskich po miejskich cmentarzach.
A pan Józiu spędzał teraz czas za kratkami, zamknięty w celi śledczej i czekał na wyjaśnienie sprawy i proces.
Załamywał ręce.
- Emilko. Emilko najdroższa! Zabrali mi ciebie. - Pobladł przy tych słowach na twarzy, a na jego czole pojawiły się drobne krople potu. – Jak będę teraz bez ciebie żyć?
Przypisy:
* - tak chce los
* - macheta – duży i bardzo ostry nóż do krojenia mięsa
Grudzień 2022
Księga Upiorów: Obietnica
Kazik szukał właśnie swej ulubionej stacji radiowej. Nie chciał słuchać wiadomości, lecz dobrą muzykę. Przez moment regulował przyciski, gdy jego papieros spadł mu z ust pod nogi. Odruchowo przycisnął pedał hamulcowy i schylił się, by sięgnąć peta. Po cichu przeklinał, gdyż szosa była w tym miejscu wyboista, ponadto robiło się powoli ciemno i wkoło jezdni pojawiła się mgła.
Spojrzał na trasę i zobaczył szyld z napisem: Stary Młyn 5 km.
Nie wiedząc, dlaczego i nie zastanawiając się nad tym długo, skręcił automatycznie w prawo, w stary i mało uczęszczany dukt, o którym wiedział, że dobrze się nim jedzie i że prędzej doprowadzi go do celu. Dawno nim nie jechał. Przez chwilę zastanowił się, ile to już lat. Piętnaście?
Ostatni raz jechał tędy zaraz po tym, jak dostał za młodu prawko. Z kumplami często jeździli tą drogą na letnisko nad jeziorem.
„Ee, nie czas nad tym teraz myśleć”, wzdrygnął się nerwowo. Zwalniając, znowu zapalił już ledwo tlącego się papierosa...
Kazik był silnym, zdrowym i dobrze wyglądającym mężczyzną po trzydziestce. Dbał o swoją kondycję i często trenował.
Mimo tego dziś nie czuł się najlepiej. Miał za sobą ciężki dzień w firmie. Jeszcze teraz myślami przebiegał przedpołudniową rozmowę telefoniczną z szefem, jego wymagający ton, rozkazujący, nieznoszący sprzeciwu.
A to przecież nie on bezpośrednio zawalił tę sprawę z ostatnim zamówieniem. Magazynier, który od niedawna u nich pracował i jemu podlegał, nie wpuścił do firmy dostawcy z towarem, po który teraz on sam musiał swym prywatnym autem jechać.
Naprawdę był tym wkurzony. Szef go opierniczył, że nie przekazał na czas zlecenia, że towar wrócił do dostawcy, a jutro miał być przecież odebrany przez klienta.
Kiedy już nastawił radio i głośno gwizdał w rytm znanej mu od lat piosenki, uspokoił się trochę i sięgnął po kanapkę.
Nagle ni stąd, ni zowąd zobaczył na drodze coraz wyraźniejszą postać jakiegoś autostopowicza. Ten zobaczywszy samochód już z daleka, kiwał na niego, podskakując i prosząc gestami rąk, by go zabrano.
- Tego mi tylko brakowało, by jeszcze kogoś podwozić – powiedział do siebie na głos. Po przejściach z szefem nerwy puściły mu teraz na dobre. Dodał gazu.
– Cholera, by o tej porze roku jeszcze chcieć jechać okazją!
To był koniec listopada, ciepłe dni już dawno pogrążyły się w niepamięci, raz po raz padał deszcz lub mżyło, a i przymrozki coraz częściej dawały się we znaki.
Kazik jeszcze mocniej przycisnął pedał gazu.
„To na pewno jakiś spóźniony turysta”, pomyślał.
Nie chciał widzieć jego zawiedzionej miny. Postanowił po prostu go zignorować. Kiedy go mijał, spojrzał jednak mimowolnie uważniej w jego stronę. Aż go zatkało! To była młoda szczupła kobieta, ubrana w letnią sukienkę sięgającą jej tuż przed kolana i niezapięty jasny letni płaszcz. Na głowie miała słomiany kapelusz.
Jej widok zaszokował go! Jak to? O tej porze sama? I do tego w tym zimnie ubrana na letniaka?! Z piskiem opon zahamował.
W tej samej chwili zdumiony poczuł, że najechał na coś dużego. Równocześnie jakiś nieokreślony obraz z odległych wspomnień przebiegł mu błyskawicznie przez pamięć jakby jakieś déjà vu. Prędko odgonił go od siebie, zdenerwowany niespodziewanymi okolicznościami.
Jeszcze mocniej nacisnął hamulce, wóz zjechał z duktu na pobocze, zatrząsł się i zatrzymał w poprzek na przydrożnej trawie. Motor zawył, a pod kołami coś się zakotłowało.
Kazik przełknął głośno ślinę i wypadł z samochodu jak oparzony: W co wjechał, czy też dokładniej, co przejechał?! Na drodze przecież niczego nie widział! Tylko tę podskakującą dziewczynę przy trakcie.
Rozejrzał się wkoło, próbując w mroku odnaleźć dziewczynę. Nikogo jednak nie zobaczył. Znikła, a droga była pusta.
- Gdzie ona jest? – Pytał sam siebie. – Rozpłynęła się, czy co? Gdzieś poszła?
Przyglądał się dokładniej leśnym skupiskom drzew. Zaraz też przypomniał mu się krach. Spanikował i próbował teraz odnaleźć pod pojazdem domniemaną ofiarę. Nie mógł jednak niczego dojrzeć.
Mżyło, a w otaczającej go półciemności kłębiły się gęste powłoki mgły.
- Cholera.
Podszedł znowu do otwartych drzwi samochodu, wygrzebał z plecaka latarkę. Poświecił wpierw wkoło drogi, potem w cienie przydrożnych krzaków, potem znowu pod samochód. Mimo tego niczego nie dojrzał.
Schylił się jeszcze raz i strugą światła obszukał dokładnie wszystkie kąty pod kołami.
„Nie, niczego tam nie ma! No... i dzięki Bogu”, pomyślał. „Jeszcze mi tego brakowało, bym przejechał jakieś zwierzę”.
W tej chwili jednak poczuł, jak serce momentalnie podeszło mu aż pod gardło. Nie wiedząc dlaczego, ogarnął go nagły nieokreślony niepokój.
- Nie ma co, trzeba się stąd zbierać. – Rozejrzał się po okolicy.
Podtrzymał drzwi samochodu i chciał wsiąść, gdy nagle z siedzenia przy kierownicy z wielkim impetem zerwała się ogromna chmara wielkich much. Te z głośnym brzęczeniem uderzyły wpierw całą nawałą w jego klatkę piersiową, potem w okolice szyi i się od niej odbiły. Odruchowo, nie zastanawiając się, zasłonił twarz i znieruchomiał. Zanim zdążył cokolwiek pomyśleć i zrobić, wszystkie muchy wyfrunęły już z samochodu.
Dopiero teraz przerażony tym, co zaszło, krzyknął i zamachał na oślep rękami. Zaczął się gorączkowo obmacywać, po całym górnym ciele, jakby chciał sprawdzić, czy nie doznał jakichś obrażeń.
Jeszcze nie ochłonął od chwilowego szoku, gdy w jego nozdrza z wnętrza auta uderzył ostry smród padliny, tak aż go zemdliło. Zatkał nos. Wytężył wzrok, szukając jego źródła.
- Skąd to? – nie dokończył. Na siedzeniu przy kierownicy zobaczył jasnobeżowy letni damski płaszcz, brudny od błota i kapiący ściekami.
- Do diabła, co to jest?
Wydobył z kieszeni kurtki papierowe chusteczki, chwycił nimi płaszcz i wywalił z samochodu. Pod płaszczem leżał wielki zdechły kruk. Ptaszysko cuchnęło jak cholera. Nie miało piór, a jego mięso odchodziło już od kości.
- Skąd tu to truchło? – Kazik z obrzydzeniem chwycił zwłoki zwierzęcia i z wielkim rozmachem rzucił je w krzaki jak najdalej od auta. Prawie by przy tym nie wymiotował.
Nie zdążył dojść do siebie, gdy usłyszał za plecami hukanie puszczyka.
Odwrócił się gwałtownie, miał wrażenie, że ptak znajduje się tuż przy jego uchu.
- Kaziu, obiecałeś mi! – Doszedł go delikatny kobiecy głos z wnętrza samochodu.
Mężczyzna zadrżał na całym ciele, choć nie uważał się za bojaźliwego.
Gwałtownie otworzył tylne drzwi samochodu. Nikogo jednak tam nie zobaczył. Drżącymi rękoma zapalił znowu latarkę i skierował światło wewnątrz. Auto było puste.
Mimowolnie sięgnął do nerki przy pasku i wydobył z niej gaz pieprzowy. Nie wiedział, po co i na kogo, jednak uświadomił sobie, że w razie jakiegoś ataku musi się bronić.
Obszedł samochód z trzech stron, wte i z powrotem.
Tymczasem zrobiło się już całkiem ciemno i na dodatek mgły podniosły się na wysokość do około metra od powierzchni ziemi i zasłoniły prawie całkiem widoczność.
Przy drodze nie było latarni, ani żadnych innych świateł. Kazik nie pomyślał o tym, że właściwie wjechał w las na jedną z tych letnich dróg, które uczęszczane były przeważnie tylko przez turystów i to jedynie w okresie letnim. Przełknął głośno ślinę i powiedział do siebie półgłosem.
- Tylko nie zwariować. Wyobraźnia płata mi figle.
Postał przez chwilę przy samochodzie i dopiero gdy się już na tyle uspokoił, że mógł znowu siąść za kierownicą, wsiadł do środka. Nerwowo przekręcił kluczyk, wrzucił bieg i dodał gazu. Motor zawarczał. Ruszył, gdy znowu usłyszał ten sam kobiecy głos.
- Kaziu, obiecałeś mi!
Mężczyzna obrócił się machinalnie w kierunku głosu i zobaczył w tyle samochodu siedzącą młodą kobietę, tę samą, która przedtem machała mu ręką przy drodze.
Wóz, który miał ruszyć do przodu, szarpnął gwałtownie i bieg sam się przełączył na wsteczny. Samochód staczał się teraz powoli do płaskiego przydrożnego wykopu. Kazik, chcąc zapobiec wjechaniu do dołu, jeszcze mocniej tupał po pedałach nogą, rwał drążki, nie odwracając jednak zdziwionego wzroku od nieznajomej mu dziewczyny.
- Kaziu, przecież mieliśmy spędzić ze sobą całe życie. – Kobieta nie dawała za wygraną. Teraz siedziała jednak na siedzeniu obok niego, a w jej głosie wyczuć można było nutkę pretensji.
– Obiecałeś się ze mną ożenić.
„Chyba oszalała!”, pomyślał! „Kim w ogóle była i skąd go znała? Jak się tu znalazła i w jaki sposób się tak przemieszcza?” - Nie umiał sobie tego uprzytomnić. - „To chyba po prostu tylko jakieś urojenie!”
Tymczasem samochód powoli staczał się z duktu do zagłębienia. Kaziu zdawał sobie z tego sprawę, siedział jednak w nim jak sparaliżowany i nie był zdolny się poruszyć i temu zapobiec.
Rowek nie był głęboki, lecz rozlegle wypełniony błotnistą, już na wpół zamarzniętą mazią. Zauważył, że szare i zimne masy wody, nie wiadomo jak dostały się do środka auta i zaczęły je z każdej strony zalewać. Szyby samochodu pokryły się białym szronem, a z dachu, wewnątrz zaczęła ściekać cienkimi strumieniami woda, która zmieniała się szybko w brudne sople.
„To przecież niemożliwe”, przeszło mu przez myśli.
- Czekałam tu na ciebie... – ciągnęła nadal uparcie nieznajoma. - Nie wiem już jak długo... Już od lat... I wreszcie jesteś. – Odetchnęła z ulgą i zaśmiała się serdecznie. – Tutaj, gdzie razem się wpierw chowaliśmy z naszą paczką. Pamiętasz? Tam, zaraz za tym zakrętem, po kinie, kochaliśmy się przy tych młodych topolach.
Kazik próbował ze wszystkich sił ją sobie przypomnieć, lecz ponownie stwierdził, że nie ma pojęcia, o czym ta mówi i że jest mu zupełnie obca.
Dziewczyna była bardzo młoda, miała może z siedemnaście lat. Szczupła, z jasnymi włosami, zaplecionymi w dwa mysie warkoczyki, z okrągłą, jak brzoskwinia twarzą. W żaden sposób nie mógł skojarzyć, kim była.
Ona zaraz odgadła z wyrazu jego twarzy, że ten nie miał pojęcia, kogo przed sobą widzi.
Jej uśmiech zniknął. Jej błękitne oczy wypełniły się łzami, które zaraz też strumieniami zaczęły spływać po jej policzkach.
Kazik przez chwilę zapomniał o samochodzie i o sytuacji, w której się znajdował. Wpatrywał się zauroczony w nieznaną mu dziewczynę.
Ta jakiś czas chlipała. Mężczyzna zaś patrzył na nią i do głowy mu tylko przychodziło to, że jest bardzo piękna.
„Z nią się kochałem?”, szukał w pamięci.
Dziewczyna, tak samo, jak się nagle rozpłakała, tak samo nagle opanowała płacz i wybuchnęła.
- Nie wybaczę ci tego! – Jej oczy napłynęły krwią, a jej uśmiech zmienił się w bolesny grymas. Rysy twarzy zaczęły się, jak ze zdumieniem zauważył, dziwnie rozmywać i ta spuchła do niebywale wielkich rozmiarów.
W mgnieniu oka Kazik doszedł do siebie. Czar prysł i mężczyzna uświadomił sobie, że to, co się teraz przed nim formuje, nie jest już człowiekiem.
Kości twarzy dziewczyny poczęły się wydłużać wprzód, tak że po chwili ta stała się podobna do mordy wilka. Skóra zaczęła pokrywać się gdzieniegdzie brunatną sierścią i szarą błoną, a w pozostałych miejscach ciemnozieloną łuską. Z wybałuszonych oczu ciekła krew, z rozdziawionej gęby ślina. Z mordy wyrastały jeden za drugim wielkie kły, które ułożyły się w dwa masywne i narastające na siebie rzędy. Ramiona i kark jej drobnego ciała podniosły się i napełniły mięśniami, sama postać urosła do olbrzymich rozmiarów, tak, że teraz ledwo mieściła się w samochodzie.
Wyciągnęła w jego kierunku rękę. Ta wygięła się w nienaturalny sposób, spod paznokci wytrysła krew. Za chwilę te odpadły i w ich miejscu uformowały się zwierzęce pazury.
Kazik osłupiały wpatrywał się w tę przemianę. Znowu ogarnęła go panika. Tym razem jednak szybko się opanował i nie czekając dłużej, sięgnął po przygotowany wcześniej spray do obrony i całą jego zawartość wypróżnił pod oczami kształtującego się przed nim potwora. Ten zawył z bólu.
Mężczyzna sam kaszląc i krztusząc się od gazu, jak oszalały walił rękami i nogami w drzwi samochodu, by je otworzyć. Wyłamując je, wydostał się na zewnątrz, chwytając w pośpiechu plecak, przedostał się przez błoto rowu na stały grunt. Nie czekał na to, jak zareaguje przeciwnik. Nie był nawet tego pewny, czy to, co widział, było realne.
Chciał tylko stąd jak najprędzej uciec. Ruszył przed siebie, byle jak najdalej od tego miejsca! Skierował się w głąb lasu, mając nadzieję, że uda mu się w nim ukryć. Biegł smagany przez gałęzie drzew, potykając się o ich korzenie i niskie konary, wpadając po śliskiej trawie i spadłych liściach do leśnych dołów.
Za sobą usłyszał przeciągłe wycie, podobne do wilczego, potem huk łamanych drzew i jakby tętent kopyt i głośne sapanie. Stado kruków spoczywających na drzewach, obudzone ze snu z panicznym wrzaskiem wzbiło się w niebiosa.
W jego uszach brzmiały dźwięczne jak stal ostatnie słowa dziewczyny.
- Nie wybaczę ci tego!
Starał się w biegu zachować w miarę możliwości, równomierny oddech i tępo, machinalnie torował sobie drogę, przy każdym stąpnięciu uważał na to, jak stawia stopy.
Przystanął dopiero przy jednym z drzew na małej polanie.
- Cholera, co to jest? Co to było, jestem w jakimś filmie, czy co? Chyba ją odstawiłem?
Księżyc świecił żółto- czerwonym światłem. Mgły układały się teraz nisko nad ziemią, sięgając mu po kolana.
Kruki jeszcze jakiś czas przekrzykiwały się, kracząc, zataczając nad polaną koła, a potem z krzykiem odfrunęły. W lesie zapanowała absolutna cisza.
Mężczyzna ukrył się pod nisko wiszącymi gałęziami i nasłuchiwał. Po omacku wyciągnął z plecaka pałkę teleskopową i jeszcze dwa gazy pieprzowe do samoobrony. Z żalem stwierdził, że to wszystko, co w tej chwili posiadał.
Nagle coś na niego spadło. Przetarł rękaw kurtki, by to z siebie zrzucić. Chwycił w rękę. Było to coś małego, lepkiego. Poczuł ciepłe jeszcze ciałko nieopierzonego na wpół żywego pisklęcia. Wstrząsnął się i je upuścił. Wsadził rękę do kieszeni i znowu wyczuł następne pisklę. Z obu kieszeni wyciągnął ich chyba z pół tuzina. Nie wytrzymał. Dreszcz obrzydzenia przeszedł go od głowy do stóp, opuścił i te i zdusił w piersi następny krzyk! Ptaki natychmiast znikły, nie wiadomo gdzie.
„Mój Boże, mam nadzieję, że nie są prawdziwe?”, pomyślał.
I wtedy zobaczył przed sobą na polanie jak na jawie, grupę chłopaków. Słońce świeciło jasno, pogoda dopisywała. Było ich czterech, dwóch paliło papierosy, a dwóch strzelało z proc w kierunku drzew, gdzie teraz stał. Jeden z nich trafił swój cel i w tej samej chwili z tego właśnie drzewa, z jednej z gałęzi, na której znajdowało się ptasie gniazdo, spadł trafiony przez chłopaka kruk.
- Martwy! – Triumfowali obaj.
- Ja ją dostanę – z dumą w głosie oznajmił strzelający koledze.
I nagle Kazik rozpoznał tego, który zabił ptaka. To był on sam.
Teraz przypomniał mu się ten kwietniowy wypad do lasu. Miał wtedy osiemnaście lat. Z dziewczynami z letniska, które spędzały tu wielkanocne ferie, udali się wpierw do kina, a potem na tę polankę, w nadziei, że dojdzie tu do czegoś bliższego.
Poczuł w gardle ucisk, jakby mu w przełyku stanęła klucha. Jego oddech stał się ciężki. Nie wiedział, dlaczego to wtedy zrobił, jednak dokładnie przypomniał sobie teraz to zdarzenie. To on zabił tego ptaka.
- Bardzo mi przykro – wyszeptał, choć zdawał sobie z tego sprawę, że teraz jest sam i upłynęło już niemało lat. – Bardzo mi przykro, że cię zabiłem...
Na polanie pojawiły się cztery dziewczyny. Okrążyły chłopców i każda z nich próbowała chwycić jednego dla siebie.
Jedna z dziewcząt chwyciła go za rękę, zaśmiała się i powiedziała.
- A jednak go dla mnie zabiłeś! Za to dostaniesz nagrodę, którą obiecałam.
I teraz ją rozpoznał. Tą, która jego za sobą ciągnęła. Miała jasne mysie warkocze i okrągłą jak brzoskwinia twarz. Ubrana była w letnią błękitną sukienkę, jasnobeżowy płaszcz i słomiany kapelusz.
Grupka rozeszła się, każda para w swoją stronę. On udał się z dziewczyną pod młode topole.
Dziewczyna zdjęła kapelusz, potem płaszcz i położyła się na nim wyczekująco. Nie czekał, ściągnął spodnie i także się położył. Pocałował ją i objął. Potem jego ręka zsunęła się na jej piersi. Odpiął jej sukienkę i stanik, i je odsłonił. Pieścił je i całował. Ona nie protestowała. Rozchyliła uda.
- Obiecaj mi, że się ze mną ożenisz – powiedziała niespodziewanie.
W tej chwili przystałby na wszystko, byle ją posiąść. Wydawało mu się jednak, że się przesłyszał.
- Co powiedziałaś?
Ona ścisnęła z powrotem nogi i powtórzyła.
- Obiecaj mi, że się ze mną ożenisz.
- Wszystko, co zechcesz – wystękał podniecony. Przyparł swym ciałem ciało dziewczyny, masował delikatnie jej plecy, biodra i uda.
- Musisz jednak to powiedzieć głośno. – nalegała.
- Obiecuję – wystękał.
Dziewczyna znowu rozchyliła uda, a on chętnie skorzystał z zaproszenia. [...]
Kochali się...
Gdy doszła, pozwolił sobie na to samo i oboje poczuli satysfakcję...
Kazik przez chwilę poczuł narastające drżenia rąk. Opanował się. Na to wspomnienie spocił się na całym ciele. Czy to ta sama dziewczyna?
Przypomniał sobie teraz, że spotkał się z nią tylko ten jeden raz. Ferie się skończyły i dziewuchy wyjechały. Zresztą, tak samo, jak sto innych, które tu na ferie przyjeżdżały.
Zawsze próbowali z chłopakami zaimponować czymś dziewczynom i jak się udało zabawić się i pokochać.
Stał jakiś czas pod drzewem w zupełnej ciszy. Tak, spotkał już tę dziewczynę, przyznał się przed sobą...
Nie wiedział, co ma teraz zrobić. Jak zaplanować następny ruch? Wydawało mu się, że wszystko wkoło niego zamarło.
I wtedy ją zobaczył.
Wyłoniła się z mgieł niedaleko miejsca, w którym stał. Przycupnęła, przez chwilę wpatrując się w niego krwawymi wybałuszonymi oczami.
„Nie jest człowiekiem, tylko jakąś bestią”! – Oboje patrzyli się na siebie i wiedział, że ona szykuje się do ataku. Na szybko próbował obmyślić plan obrony. – „Gdzie są jej słabe punkty”?
Miała duże spiczaste uszy pokryte sierścią i dłuższymi włosami. W świetle księżyca zauważył, że jej nozdrza pokryte były od nasady do wierzchołka tylko błonami i zajmowały sporą część twarzy. Pozbawione były też co najmniej połowy tkanki chrzęstnej i w ten sposób odsłaniając dużą część jamy nosowej, stanowiły wrażliwy punkt, który można było wykorzystać do ataku.
Wstrząsnął się z obrzydzeniem i ustawił się w pozycji, by jak się do niego przybliży, jak najbardziej precyzyjnie wycelować w nie pałką.
Nie zdążył nawet się zamachnąć, by zadać cios, gdyż ta w mgnieniu oka wyprężyła się i kilkoma wielkimi susłami jak kangurzyca odbiła się od ziemi i zaraz go dopadła. Próbował się bronić, nie miał jednak żadnych realnych szans.
Kreatura była prawie dwa razy od niego większa.
Chwyciła go łapą za ramię, wpiła w jego mięśnie pazury i ciągnąc za sobą z dwadzieścia metrów, rzuciła na wzniesienie, bliskie młodym topolom.
Znowu się wyprężyła i głośno chrapnęła.
Mimo bólu wstał i skutecznie zasłonił się pałką przed jej drugim atakiem.
Przy następnym udało mu się prysnąć jej gazem w twarz.
Syknęła.
Zatoczyła wokół niego krąg, ryjąc pazurami ziemię. W galopie odbiła się tuż przed nim tylnymi łapami od ziemi i przeskakując ponad nim, wyciągnęła głowę w jego kierunku, by szczękami chwycić go za kark. Zdołał jednak, pochylając się w porę, uniknąć jej ciosu, tak, że jej kły wbiły się w plecak.
Zawiedziona niepowodzeniem zawyła i wszystkie leśne ptaki wzbiły się stadami, kracząc i wrzeszcząc ponad ziemią. Zataczały nad nimi swe koła, a ona przeszła znów w galop. Nie spodziewał się tego, że nagle zawróci i go od tyłu dopadnie. Wbiła swe szpony w jego ramię i tarzając nim po trawie i leśnej ściółce, ciągnęła bezwładnego po ziemi. Rzuciła nim tak, że runął na ziemię w odległości około trzech metrów, a ona wyjąc i chrapiąc, staranowała we wściekłości pobliskie drzewa i krzaki i przeorała swymi szponami ziemię w promieniu co najmniej siedmiu metrów.
Przycupnęła w niewielkiej odległości i znowu zawyła.
- Nie dotrzymałeś danej obietnicy! – Wydawało mu się, że znowu słyszy stalowy głos w głowie, który świdrował mu dziury w mózgu.
Podniósł się, lecz ta już go dopadła. Poczuł jak zdziera mu wraz z kurtką i bluzą co najmniej pół skóry z ręki i ramienia.
Trzymając go w szponach, skuliła się w sobie, wydała przeraźliwe piski i zaczęła zlizywać krew z jego ramienia, karku i pleców. Nie miał siły w sobie, by się bronić i temu zapobiec, a ona przyciskając się całym ciałem do niego, objęła go i w jego objęciach przeistoczyła się w coś w rodzaju nietoperza.
„To wąpierz”, zdążył pomyśleć i zemdlał...
Gdy się znowu ocknął, zauważył, że oboje znajdowali się w jakimś dole, a ona siedziała przy nim, opierając się o niego skrzydłami. Zaraz też odgadła, że doszedł do siebie.
Zamruczała.
- Teraz, czy chcesz, czy nie - pozostaniesz ze mną. Nasycę się twoją krwią... I już zostaniesz ze mną na zawsze, tak jak mi obiecałeś – usłyszał dziewczęcy głos w głowie.
Spróbował się podnieść.
Aby utrzymać równowagę, zaparł się rękami na ziemi. Natrafił nimi na coś, czego nie mógł wpierw jednoznacznie określić. Macając jednak dalej podłoże, upewnił się, że leżał na kościach, szczątkach ciała i odzieży. Nie odbierał żadnych zapachów, te już dawno rozmyły się w leśnej ściółce. Mimo woli po plecach przeszedł mu dreszcz.
- Tak, dobrze poznałeś. To mój grób. Tu odebrałam sobie życie po tym, jak mnie odrzuciłeś. – Zawyła, tym razem pełna bólu. – Musiałam tu powrócić. Nie było dla mnie już miejsca na ziemi...
Znowu zawyła. Wyprostowała się przy tym, a on teraz po raz pierwszy zwrócił uwagę na nieproporcjonalnie do jej ciała gruby brzuch.
- Byłaś w ciąży! – Przypomniał sobie. – Cofnąłem obietnicę, dlatego, że byłaś już w ciąży. Chciałaś wrobić mnie w dziecko... Jak się kochaliśmy, byłaś na pewno już w czwartym lub piątym miesiącu ciąży!
I w jego wspomnieniach pojawił się obraz, jak po stosunku leżeli razem na jej jasnobeżowym letnim płaszczyku w trawie zadowoleni i szczęśliwi. Obejmował ją i pieścił i naprawdę chciał ją wtedy na zawsze... Był przekonany o tym, że jest tą jedyną, że nie znajdzie od niej lepszej...
Szeptał czułe słówka, obiecywał wspólną przyszłość...
Zapragnął jeszcze więcej czułości. Chciał znowu rozpalić ją do gorąca, znowu kochać... Przytulił ją do siebie i położył rękę na jej łonie. Wtedy wyczuł niemałe i twarde uniesienie jej brzucha. Zamarł zaszokowany swym odkryciem.
- Jesteś już w ciąży z kimś innym? – zapytał, choć było to raczej jasne stwierdzenie faktu.
- Tak. – Płakała i błagała go, by jej nie zostawiał, by pomógł...
On pozostał niewzruszony i zostawił ją bez ceregieli samą. Po prostu wstał, ogarnął się i wziął swoje rzeczy. Nie odwracając się nawet jeden raz, odszedł. Zostawił pod topolami samą.
Wąpierz usiadł teraz na nim całym swym ciężarem i ryknął.
- Byłeś w stanie dla mnie nawet zabić... Zabiłeś dla mnie kruka!
- Tak. Bardzo tego żałuję, że go zabiłem – zdołał wystękać.
Zawarczała i wyszczerzyła kły.
„Nie mam niestety żadnych szans”, pomyślał zrezygnowany. – „I siły też już nie...”
I nagle wszystko wkoło nich zawrzało.
Usłyszeli ponad sobą szalony wrzask i trzepot niezliczonych skrzydeł. Siedzące na drzewach ptactwo uniosło się potężną falą i tysiącami, jakby całą swą liczebnością z całej ziemi z wielkim impetem rzuciło się na nich: Stada kruków, wron i kawek wzbijały się raz po raz w powietrze i nad nimi krążyły. Potem gwałtownie opadając, uderzały w niego i wampira.
Pomyślał, że i tak już nadszedł jego koniec, więc po co ma się bronić. Za mocno był poturbowany...
Ptaki skłoniły go do tego, by zmienił pozycję. Zdołał przewrócić się na bok i brzuch i stwierdził o dziwo, że już go nie atakują.
Wtedy całą nawałą zwaliły się na upiora. Biły go i dziobały, każdy wyrywając z niego strzępy skóry i mięsa. Bestia na darmo próbowała się bronić i atakować. Przeciwnik był zbyt liczny. Udało jej się mnóstwo ich zabić, lecz wkrótce uległa pod ich natłokiem.
Kazik widział, jak wydłubują jej żywcem oczy, szarpią i rozrywają...
Gdy padła, rozszarpały na kawałki resztki jej ciała i zjadły, a leżące w grobie kości rozbiły dziobami w proch.
Z wielkim wrzaskiem odfrunęły i w całym lesie nastała znowu nocna cisza.
Leżał jeszcze w tym dole przez jakiś czas. Nie mógł uwierzyć w to, co przeżył. Dopiero jak się trochę otrząsnął z szoku, wyczołgał się na równy teren i spróbował wstać. Nogi mu drżały. Stał niepewny, czy da radę postawić choć jeden krok.
Księżyc świecił dość jasno. Wkoło niego rozpościerał się krajobraz zniszczeń: całe płaty ziemi jakby przeorane wielkim pługiem, powalone dziesiątki drzew...
Upewnił się, w którym kierunku musi pójść, by dojść do samochodu i powoli udał się w drogę. Szedł, a raczej kuśtykał długo. Po jakimś czasie, choć stracił orientację, ile go upłynęło, doszedł do drogi, gdzie zostawił samochód.
Świtało.
Dostrzegł dwa wozy strażackie i swe auto. Jakiś strażak dojrzał go i podbiegł.
- Co jest? Jesteś ranny? Potrzebujesz pomocy? Boże, jak ty wyglądasz! – zawołał na kolegów i razem doprowadzili go do wozu.
Potem przyjechała karetka pogotowia i go zabrała. Lekarz i sanitariusz ułożyli go na wózku i badali obrażenia.
- Wyliżesz się, chłopie! Wyliżesz! Miałeś cholerne szczęście! Przeżyłeś taki huragan! Prawdziwe tornado!
Dali mu zastrzyk. Przed jego oczami przechodziły kolejno obrazy z przeżytej nocy, kadr za kadrem, jak w filmie. Nie był w stanie wydusić z siebie głosu.
Zasnął.
Listopad 2024