Opowiadania I
Chociażbym szedł ciemną doliną ... - opowiadanie autobiograficzne
Mam nadzieję, że to krótkie opowiadanie zaowocuje w przyszłości całą serią wspomnień! O ile mi czas na to pozwoli.
Chociażbym szedł ciemną doliną ... - opowiadanie autobiograficzne
Chociażbym szedł ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
boś Ty ze mną.
PSALM 23 (22), 4
Do czternastego roku życia mieszkałam na wsi, w miejscowości Kijaszkowo, w dawnym Województwie pilskim. O takich miejscowościach mówiło się przeważnie drwiąco i z uśmiechem na twarzy: „dziura zabita dechami”. A to dlatego, że naprawdę była to już głucha prowincja i poza jej mieszkańcami i ich rodzinami, a także mieszkańcami sąsiadujących z nią miejscowości, nikt nigdy o niej nie słyszał.
Znajdowało się tam z trzydzieści małych gospodarstw indywidualnych, sklep, szkoła podstawowa od pierwszej do czwartej klasy i wielka posiadłość z Państwowym Domem Dziecka. Dojechać do wsi można było tylko jedną szosą, z miasteczka gminnego Wysoka, oddalonego od niej o około 7 kilometrów, do innego miasteczka gminnego Łobżenica, do którego tak naprawdę nikt z mieszkańców wsi nie jeździł, bo było ono za daleko.
Prowadzącą od szosy drogę do Domu Dziecka pokryto na początku lat siedemdziesiątych asfaltem, dwie inne drogi we wsi miały charakter ubitych dróg wiejskich z poboczem i rowem, częściowo wysypanych kamieniem. Inne mniejsze drogi, wijące się przeważnie wokół pól najpewniej można by określić mianem „wertepy”.
Mieszkańcy wsi wskazując kierunek, przy których znajdowało się jakieś gospodarstwo rolne, mawiali: „wkoło małej wsi” i „wkoło dużej wsi”.
Do najbliżej położonych miejscowości było od trzech do czterech kilometrów.
Przy szosie, na zakręcie, znajdował się przystanek autobusowy i budka przystanku kolejowego, a raczej ruina tej budki, kolei wąskotorowej z Łobżenicy do Białośliwia. Kolejka towarowa z doczepionym wagonem dla podróżujących przejeżdżała przez Kijaszkowo dwa razy dziennie. Rano o siódmej, z Białośliwia do Łobżenicy i o około trzeciej po południu z powrotem. Autobus przejeżdżał przez wieś może z sześć razy, raz w jedną stronę do Wysokiej, raz w drugą, do Łobżenicy, jednakże bardzo często wcale się nie zatrzymywał.
Moja rodzina nie posiadała gospodarstwa rolnego. Mama pracowała w wydziale administracyjnym Domu Dziecka i podlegała pod Wydział Ministerstwa Oświaty w Pile. Ja i moje dwie siostry, starsza o trzy lata ode mnie Renatka i młodsza o siedem lat Krysia mieszkałyśmy z mamą na terenie tej placówki, w olbrzymim dwupiętrowym domu dla pracowników, w mieszkaniu służbowym.
***
Był rok 1975, miałam wtedy dziewięć lat. Zdarzyło się to w styczniu, zimą, jedną z tych mroźnych i groźnych. Nikt wtedy jeszcze nie słyszał o ociepleniu kuli ziemskiej i o anomaliach atmosferycznych. Zimy były śnieżne i mroźne, lata umiarkowanie ciepłe.
Bawiłam się z siostrą Renią, moimi dwiema „przyszywanymi” kuzynkami Elą i Jolą i ich koleżanką Danką na gospodarstwie, wpierw u cioci Janki, potem u Danusi. Wszystkie one były ode mnie starsze: Jolka o dwa, Ela o trzy, a Danka o cztery lata.
Po jakimś czasie dziewczęta zapowiedziały, że pójdziemy jeszcze do innych sąsiadów, tych mieszkających na samym końcu wioski, najbliżej lasu.
Doszłyśmy do gospodarstwa, Danka otworzyła furtkę i po cichu przeszłyśmy obok domu mieszkalnego na podwórko.
Przywiązany do budy pies podniósł się i zaczął warczeć. Danka podeszła do niego blisko, zagadując go.
- Nie poznajesz mnie, Azor?
Pies zaraz skulił pod siebie ogon. Teraz drżał z radości na całym ciele, skomlał i lizał jej dłonie. Także i moje kuzynki głaskały i pieściły psa, widać było, że on je zna. Ja i Renia stałyśmy w bezpiecznej odległości. Nigdy nie podchodziłam do psów i koni. Zawsze starałam się trzymać od nich z daleka i nie próbowałam ich nawet głaskać, po prostu się ich bałam.
Pierwszy raz byłam na podwórzu tego gospodarza.
Znałam już prawie wszystkich mieszkańców wioski, u niektórych już byłam w domach, jednak nie u wszystkich. Ci nie mieli dzieci, mieszkali na samym końcu drogi, która okrążała wieś, prawie wcale nie rozmawiali z innymi.
Po przywitaniu i pieszczotach z psem przeszłyśmy za stodołę na wąską łączkę, otoczoną z boków niskim płotem. Z niej widać już było tylko pola i łąki, rosnące przy nich na polnych ścieżkach drzewa i busze krzaków, i oddalony o jakieś pół kilometra ciemny las.
Mroźny dzień chylił się ku końcowi, słońce zachodziło wszystkimi barwami żółci i czerwieni za łagodnymi, oddalonymi od nas kilometrami pagórkami.
- Zdążymy jeszcze do lasu – oznajmiła stanowczo Danka.
- Niedługo musimy iść do domu – zagadnęłam. – Mama mówiła, że mamy wrócić przed zachodem słońca...
Nie dokończyłam, gdy Jolka mi przerwała.
- A co? Boisz się? Pójdziemy i zaraz wrócimy.
Dziewczęta nie czekały na to, co jeszcze powiem. Szybkim krokiem ruszyły naprzód. Wpierw Danka, gdyż ona najlepiej znała teren, potem moje kuzynki i Renia. Nie chciałam zostać sama, więc bez słowa sprzeciwu do nich dołączyłam.
Pośpiesznie przemierzyłyśmy łąkę i po mi nieznanych ścieżkach polnych ruszyłyśmy zygzakiem w kierunku lasu.
Ośnieżone i nierówne pola i łąki, i kręte niewidoczne pod śniegiem dróżki, pełne były uniesień i dziur. Przeskakiwałyśmy przez niezliczone rowy, ślizgałyśmy się po zamarzniętej w rowach i bruzdach ziemi kałużach. Przechodząc koło drzew i buszów, chwytałyśmy się gałęzi, by nie potknąć się o wystające z ziemi korzenie. Szłyśmy gęsiego i kto nie złapał w czas gałęzi puszczonej przez przed nim idącą osobę, ten dostał nią po nogach, po torsie lub też po twarzy. W śniegu zostawiałyśmy głębokie ślady, a na zamarzniętej wodzie pasy ślizgawek. Tu i tam cienkie i kruche szybki lodu łamały się pod ciężarem naszych stóp i odsłaniały ciemne niebezpieczne szczeliny.
Dziewczyny szły szybko, musiałam za nimi nadążyć i uważać, by nie upaść. Słychać było tylko ich miarowe oddechy i sapanie, ponadto chrupanie zamarzniętego śniegu i świst puszczanych gałęzi.
Byłyśmy już prawie pod lasem, gdy doszłyśmy do większego zrębu, oddzielającego od siebie dwa pola, wzdłuż którego przebiegały tory kolejki.
Danka przystanęła koło największego buszu głogu i dzikich róż, które szeregiem porastały jego krawędzie.
- Tu odpoczniemy. Można pojeść trochę głogu i dzikiej róży. Są jeszcze na krzakach. Ptaki nie zjadły wszystkich. – Z drwiną w głosie zwróciła się do mnie. – Tylko jedz je ostrożnie, mają włochate pestki, które gryzą w język i trują.
- Wiem, jak się je je – odburknęłam i zajęłam się zrywaniem tych bardziej dostępnych owoców z gołych i zamarzniętych gałęzi.
„Po prostu trzeba uważać” - pomyślałam. Zdjęłam rękawiczki, by nie pozaczepiać ich w kolczastym buszu i lepiej dostać się do pękatych owoców. Z już zerwanych wyciskało się pomału miąższ, wysysając go lub zlizując. Wpół zamarznięte smakowały wyśmienicie!
Niebo i pokryta śniegiem ziemia płonęły teraz w ogniu promieni zachodzącego słońca.
Spojrzałam w dal, w stronę wsi. Nakrapiana nikłymi światłami latarń i żarówek przy domach szarość drzew i budynków wtapiała się w odbite od śniegu barwy, tak, że nic nie można było dostrzec oprócz szarej plamy wciśniętej w żółte śniegi. Biegnące od niej i stojące w wolnym polu liczne drzewa rzucały długie cienie.
Z drugiej strony, już całkiem blisko, widać było tylko głęboką czerń lasu.
Wokół nas panował półmrok i cisza, przerywana co jakiś czas szelestem potrącanych przez nas gałęzi.
Za to od wioski doszły nas nagle natarczywe szczekania psów.
I tak ciszę przerwało przeciągłe wycie. Psy ujadały teraz jak szalone. Wskoczyłam na najwyższą krawędź zbocza i wytężając wzrok, próbowałam odgadnąć, co się dzieje. Nasłuchiwałam i przy następnym wyciu serce podeszło mi aż pod gardło. Wydawało mi się, że te przeraźliwy odgłosy nie dochodziły ze wsi, lecz gdzieś z pola od strony zachodzącego słońca. Wpatrywałam się z niepokojem w rozległą linię horyzontu. Przy najdalej oddalonych od nas drzewach zauważyłam dwa, a może nawet trzy przemykające pochylone w sobie i ciche złowrogie cienie. Choć drzewa stały daleko, wydały mi się one całkiem realne. Szybko jednak zniknęły za dalszymi buszami.
- To wilki – wykrztusiłam.
- Nie wilki, tylko dzikie psy – skwitowała ostro Danka. – Tu nie ma wilków. Co, boisz się? Zaraz idziemy do lasu.
Milczałam. Nie chciałam się przyznać do tego, że panicznie bałam się wilków, choć nigdy ich nie widziałam. Naturalnie oprócz tych w książkach. Wolałam nie dać po sobie poznać, że jestem przerażona.
Renia, Ela i Jolka nadal spokojnie zrywały głóg. A może tylko udawały, że nic sobie z wilków nie robią?
„Niech i tak będzie, może nam nic nie grozi. Jesteśmy w piątkę” – próbowałam dodać sobie odwagi.
Smakowity miąższ przyjemnie zapełniał pusty już żołądek. Nie zauważyłam, kiedy dziewczęta zrywając owoce, oddaliły się ode mnie i kiedy zostałam sama. Język mi ścierpnął, gdyż przez rozproszenie i brak ostrożności dotknęłam nim parę razy pestek dzikiej róży.
Tymczasem słońce już zaszło i zrobiło się całkiem szaro. Przestałam zrywać i jeść, i wyszłam z rowu na krawędź zrębu. W dali nadal słychać było ujadania psów dochodzące ze wsi, choć już nie tak intensywne. Spojrzałam w ich stronę. Przede mną rozcierały się rozległe nieznane mi pola, pogrążone w półmroku. Wkoło mnie panowała niczym nieprzerwana cisza nadchodzącej nocy.
- Renia, Renia – powiedziałam niezbyt głośno.
Nic. Nikt nie odpowiadał. Ponownie rozejrzałam się, nadal nie tracąc spokoju. Nikogo tu już nie było. Przeszłam jeszcze raz przez miejsce, skąd przyszłyśmy, przez busze koło zrębu, od rowu, potem wzdłuż torów i z powrotem.
- Renia? Renia, Ela, Jola – półgłosem zawołałam jeszcze raz na siostrę i kuzynki. Także i tym razem nie usłyszałam żadnej odpowiedzi.
„Czyżbym została sama”?
Jeszcze nie byłam tego pewna, myślałam, że za chwilę wyskoczą wszystkie zza jakiegoś drzewa i będą się ze mnie śmiać, że narobiły mi strachu. Stałam niepewnie koło krzewów głogu i dzikich róż.
Zmierzch przechodził pomału w noc. Wokół mnie ciemniało, tak że nie mogłam teraz dostrzec końca pola, przy którym stałam. Księżyc na niebie świecił miarowym żółtym światłem. Między nim a mną kłębiły się ciemne smugi powietrza.
Zrobiło mi się zimno. Czułam, że temperatura spada. Mokre od śniegu wełniane rękawiczki powoli zamarzały, tak że ręce zaczęły w nich nieubłaganie drętwieć. Także stopy stopniowo mi marzły, przebierałam więc nogami, stawałam raz na jedną, raz na drugą. Wkrótce i to nie pomagało, więc zaczęłam chodzić wkoło buszów, nasłuchując, czy może ktoś się do nich zbliża. Serce jak szalone łomotało mi w piersi.
„Renia, moja siostra mnie nie zostawi przecież samej w polu” – pocieszałam się. – „Zaraz przyjdzie po mnie i powie, że to był żart”.
Nie wiem, jak długo to trwało. Czas mijał i nikt się nie zjawiał.
„Muszę się ruszać. Muszę chodzić, bo zmarznę do kości” – myślałam teraz intensywnie, co mam robić? – „Najkrócej byłoby iść z powrotem do domu tym samym polem, a potem wsią”. Na samą myśl o polu przeszły mi ciarki po plecach.
„W ciemności nie odnajdę naszych śladów. Poza tym szłyśmy szybko i nie zwracałam uwagi na drogę. No i te wilki lub dzikie psy. Od tej strony dochodziło ich wycie. Przy tych dróżkach wydawało mi się, że je widzę”.
Rozglądając się w koło, szukałam innej możliwości.
Stałam teraz na torach kolejki wąskotorowej w kierunku do Łobżenicy. Wiedziałam, że idąc nimi z powrotem, doszłabym do wsi z drugiej strony, do przystanku autobusowego i szosy.
Nigdy tu nie byłam. Nigdy nie chodziłam torami aż tak daleko. Latem zbierałyśmy z mamą jeżyny i maliny z dziko porastających je wąsatych krzewów, przy drodze wkoło dużej wsi. Wiedziałam tylko, że krzaki były wielkie, pełne kolczastych pędów i że było ich mnóstwo. Porastały oba rowy aż do samych torów. Trzeba by było iść cały czas torami i bardzo uważać, by w nie nie wpaść i ześliznąć się w głąb rowu.
Obie te drogi miały około półtora kilometra.
„Nie. Tędy też nie” – znowu wzdrygnęłam się na samą myśl o tym, że miałabym iść torami. – „Wilki mnie tam dorwą. Nie ma żadnych drzew i drogi ucieczki, jeśli mnie zajdą z dwóch stron. Nie będę mogła nawet wejść na drzewo, by przed nimi uciec”.
We wchodzeniu na drzewa byłam w całym Domu Dziecka najlepsza. Weszłam nawet na czubek najwyższego świerku, który rósł na jego terenie i wszyscy dorośli mnie za to skrzyczeli. Od mamy dostałam wtedy porządnie rózgą po tyłku.
Odwróciłam się w kierunku lasu. Pozostała jeszcze trzecia możliwość.
Nasz las był olbrzymi, porastał całą lewą stronę, łagodnie schodzący tutaj pagórek, aż do miejsca, w którym stałam i szeroką równinę ciągnącą się przez dziesiątki kilometrów. Na tym obszarze obiegała go leśna droga, oddalona od niego około dwudziestu metrów, z obu stron porośnięta przez niewysokie buki, a od lasu też chaszcze. To był typowy dla naszego klimatu las liściasty, z sosnami, klonami, jesionami, olchami i bukami. Na obrzeżnych polanach rosły młode brzozy i dzikie osiki.
Znałam go. Chodziłyśmy do niego często późnym latem i jesienią na grzyby. Zawsze jednak za dnia. Mimo ciemności rozpoznawałam linię jego przebiegu. Jego polany powinny układać się następująco: najpierw ta z brzozami, teraz najbliżej mnie położona i druga z młodymi świerkami, które ścinano na choinki. Za nimi na pagórku musiała być też trzecia, z szerokim wolnym od drzew zakolem, do którego prowadziła znana mi droga z szosy przez pola. Ta krzyżowała się tam z okrążającym las leśnym traktem. Do tej drogi musiałabym dojść, by przejść na dobrze mi znany szlak. To byłby niecały kilometr, a potem dwa.
Nie byłam tym przestraszona. Codziennie spędzałam całe popołudnia i wieczory na wędrówkach po wsi i jej drogach. Mama pozwalała mi latem, tak jak prawie wszyscy inni rodzice swym dzieciom, na zabawę na dworze nawet do późnych godzin nocnych, pod warunkiem, że nie byłoby to za daleko od domu.
Las wydał się teraz groźny i złowrogi. Jego czarna nieprzenikniona bryła wisiała między mną a niebem na całej linii horyzontu.
Psy umilkły. Znowu przyszły mi na myśl wilki po drugiej stronie pól. Znowu przeszły mnie ciarki.
Ześliznęłam się z torów w rów i do buszów. Przeszłam wpierw wzdłuż zbocza, by wkroczyć na ostatnie dzielące mnie od lasu pole i udać się w jego kierunku, ostrożnie przeskakując z każdego ośnieżonego wierzchołka bruzdy na następny wierzchołek, tak by nie wpaść w żadne zdradliwe dla nóg wgłębienie.
Im bliżej dochodziłam do lasu, tym ciemniejsze stawało się pole. Nawet powietrze przybrało zimnoszare nieprzeniknione barwy.
Nie odwracając się w tył i starając się nie upaść i skaleczyć na nierównym gruncie, powoli dochodziłam do pierwszego wyznaczonego sobie celu. Dopiero stojąc pod lasem, zorientowałam się, że leśna droga pogrążona jest całkowicie w ciemnościach i że dopiero wyższe partie koron drzew można było co nieco oddzielić od tła ciemnogranatowego, gdzieniegdzie burego nieba. Porastające drogę krzaki sprawiały, że pnie drzew stały się niewidoczne.
Zawahałam się, lecz mimo to wkroczyłam na drogę, nie widząc innego wyjścia. Stałam na niej, nie dostrzegając ani śniegu, ani własnych nóg. Tylko najwyżej rosnące gałęzie drzew pokazywały kierunek. Rzucający nikłe żółte światło księżyc pozostał poza mną w tyle.
Patrząc w niebo, stawiałam ostrożnie kroki, jeden za drugim. Z mych oczu popłynęły gorące, palące zmarznięte policzki łzy.
- Nie mogę tu zostać, muszę iść dalej – powiedziałam do siebie szeptem.
Zamarznięty śnieg chrupał pod mymi stopami. Droga była równa, gdyż jego pokrywa leżała twardo szeroką i grubą warstwą na ziemi, wyrównując wszystkie nierówności i wyboje. Tylko obcasy mych butów lekko wtapiały się w świeższą i bardziej kruchą jego nawierzchnię.
Idąc już dłużej, usłyszałam nagle za sobą takie samo lekkie chrupanie śniegu i ponadto szelest zeschłych liści, trącanych gałęzi krzewów. Przystanęłam niezdolna do tego, by odwrócić w kierunku tego odgłosu głowę.
Szmer ustał, przez następną minutę nie było nic słychać. Ruszyłam dalej, wytężając słuch. Po jakimś czasie znowu usłyszałam lżejsze od moich, jednak ciche i słyszalne stąpania oraz ocieranie się czegoś o zeschłe liście.
Znowu przystanęłam i nasłuchiwałam. Wokół mnie panowała jednak niczym niezmącona cisza.
Stałam na środku szerokiej na około dwa i pół metra drodze, więc nie mogłam nic potrącać.
To nie byłam ja!
Świadomość obecności kogoś innego, najpewniej wędrujących mym śladem wilków lub dzikich psów ścięła mnie z nóg. Upadłam na śnieg, próbując zadławić wydostające się z mego gardła głośne łkania.
Zaraz jednak szybko podniosłam się i ukucnęłam, chowając w ramionach głowę i zamykając oczy.
„One już tu są! Idą za mną! Dopadną mnie”! – w mej głowie burzyły się natrętne myśli. Byłam pewna, że wilki mnie dogoniły. Płakałam teraz głośno do zamarzniętego szalika. Gdy się trochę uspokoiłam i pierwszy szok minął, znowu nasłuchiwałam. Cisza. Nic się nie poruszało, nic nie było słychać. Chciałam wstać, lecz nie mogłam. Zdołałam tylko uklęknąć i nie mogłam już ruszyć ani ręką, ani nogą. Oddychałam ciężko, dławiąc się swymi łzami.
- Boże Ojcze, który jesteś w niebie... – wykrztusiłam przerażona.
Owładnięta paniką myślałam o tym, że wilki mnie teraz rozszarpią. Tak więc zaczęłam recytować półgłosem jedną z modlitw, którą bardzo dobrze znałam:
- Aniele Boży Stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój. Rano, wieczór, we dnie, w nocy...
Nie myślałam już ani o polanach i drodze, ani o zagajnikach, ani o drzewach, na które chciałam uciekać. Powtarzałam w kółko powoli słowa modlitwy. Próbowałam sobie wyobrazić, że on teraz jest przy mnie.
Powoli oddech mój powracał do normy, a obezwładniający mnie strach zaczął mijać.
- Wstań i idź dalej – usłyszałam w głębi mej duszy cichy, lecz wyraźny głos.
Jakaś niewidzialna siła porwała mnie z kolan.
- Idź dalej – znowu zabrzmiało w mych uszach.
Usłuchałam i natychmiast ruszyłam do przodu. Szłam miarowym krokiem i sama nie wiedząc kiedy, doszłam do rozdroża.
Rozejrzałam się. Nikt za mną nie szedł, a strach całkowicie minął, mimo że pięćdziesiąt kroków w prawo stał przede mną czarny las.
Na lewo pomiędzy rozległymi polami rozpoznałam znajomą mi wąską polną dróżkę. Na niej leżał nietknięty ludzką stopą i żadnym kołem biały śnieg.
Z jednego z krzaków oderwałam dwa pokaźne sople lodu i gryząc go na drobno zębami, przełykałam topniejący w mym gardle lód, przemieniający się w orzeźwiającą wodę.
Wsysając wodę z sopla, weszłam na polną dróżkę i powoli idąc, wyszłam z ciemności na otwarte pola.
- Nikt za mną nie idzie – stwierdziłam znowu pewnie.
Idąc od krzewu do krzewu, trzymałam się krawędzi drogi, gdzie spod śniegu wychodziły kępy suchej trawy, by nie potknąć się o nierówności i nie ugrzęznąć w głębokim śniegu nawianym przez wiatry.
Zatrzymałam się dopiero na środku pola. Odetchnęłam. Szara masa lasu stała się teraz tylko wąską wstęgą dzielącą ziemię i niebo.
Stałam o wiele wyżej niż moja rodzinna wieś. Przede mną rozciągały się dalekie pola i łąki pokryte w całości białą warstwą śniegu. Nade mną rozpościerało się wielkie granatowe niebo z milionem srebrnych gwiazd i biało lśniącym księżycem. Poszukałam na niebie Wielki i Mały Wóz i najjaśniejszą w nim gwiazdę, Gwiazdę Polarną.
Poczułam napełniające mnie szczęście!
Cały wszechświat stał się jedną całością. Nieskończona gwiezdna przestrzeń odbijała się swą głębią w czystej kryształowej powierzchni lodowatego śniegu, tak że migoczące w niej gwiazdy i księżyc skrzyły się w przezroczystym mroźnym powietrzu i odbijały w lodowatych kryształach śniegu jak w próżni.
Długo wpatrywałam się w niebo.
- Idź dalej – znowu usłyszałam w głębi mej duszy ten sam głos.
Dopiero teraz poczułam, jak przerażająco zimna stała się ta noc. Mój oddech zamieniał się już przy ustach w białą parę i osiadał szronem na brzegach szalu. Stara kurtka nie grzała, jakbym w ogóle nie miała jej na sobie i stała na dworze w samym swetrze i podkoszulku.
Zaciągnęłam szybko szal na nos i dopięłam zamek na samą górę.
„Chyba jest z minus piętnaście, a może i nawet dwadzieścia stopni” – pomyślałam. – „W marszu nie będzie mi jednak zimno”.
Po jakimś czasie wkroczyłam na szosę. Wreszcie wybrana przeze mnie okrężna droga prowadziła bezpośrednio w kierunku domu. Pozostało mi do przejścia trochę ponad kilometr, to znaczyło, że miałam jej za sobą ponad połowę. Tą oto szosą prosto do drogi pokrytej asfaltem, do Domu Dziecka. Tak więc byłam już we wsi, ponadto schodziłam teraz z łagodnego pagórka.
Białe, twarde i ogromne, płasko rozjechane przez samochody i wozy bryły śniegu skrzypiały przy każdym kroku pod moimi stopami.
Przy zakręcie rosły wielkie drzewa kasztanowe zasłaniające sobą dwa domostwa. Tym razem jednak na niebie świecił przede mną jasno księżyc i gwiazdy.
Wysokie, blisko siebie stojące kasztany i prawie dwumetrowy płot z desek, który całkowicie odgradzał podwórze znajdującej się po lewej stronie zagrody, tak, że nawet nie można było poza niego zajrzeć, stał grobowo na całej długości zakrętu. Przymocowana do niego przy furtce żarówka świeciła mdłym żółtawym światłem. Idąc blisko koło niego, czułam się, jakbym została zamknięta w jakimś pudełku, bez możliwości wyjścia.
Po prawej stronie ledwo było widać wolnostojący dom oddzielony od szosy ogrodem i gęstym sadem.
„Może pójdę i poproszę gospodarza, by mnie podwiózł koniem z wozem lub poszedł ze mną pieszo”? – przeszło mi przez myśli. – „Ee, za długo to będzie trwało... Musiałabym go chyba obudzić? W oknach nie ma światła. Nim zaprzęgnie konia, nim mu wszystko wytłumaczę”...
Poza tym mogłoby się okazać, że wcale nie będzie wiedział, kim jestem. Ja go znałam z widzenia. Wiedziałam, że miał z żoną już dorosłe dzieci. Gdyby te były w moim wieku, to na pewno bym u niego bywała, by się z nimi bawić. A tak, to spotykało się rolników tylko w sklepie spożywczym, gdy przychodzili kupić świeży chleb lub gdy odwozili wozem z koniem mleko do mleczarni. Wtedy też pozwalali dzieciom wskakiwać na wóz i podwozili tu i tam, gdzie akurat pasowało.
- Nie. I dalej pójdę sama... – od razu podjęłam decyzję.
Przeszłam miarowym krokiem zakręt i wkroczyłam w aleję ze starymi wpół spróchniałymi czereśniami. Nie patrzyłam na drzewa. Nie lubiłam ich. Gdy się ich dotknęło ręką, cała kora odchodziła płatami, jak skóra z ostygłego mleka. Na palcach zostawały ślady próchna. Nie rodziły one prawie już owoców, tylko same liście. Jeśli się jednak udało jakieś znaleźć, były drobne i pozbawione smaku, przeważnie robaczywe.
Doszłam do przystanku i ruiny budki kolejowej. Tu już stały co kilkadziesiąt metrów latarnie. Świeciła się jednak co druga lub trzecia. Nie przeszkadzało mi to. Byłam niedaleko domu. Dwa gospodarstwa z ogrodami, trzy jarzębiny w połowie drogi, szkoła z boiskiem, sklep spożywczy z zapaloną przy wejściu żarówką.
Z daleka widziałam już oświetloną latarnią bramę Domu Dziecka. Wydawało mi się, że ktoś przed nią stoi. Stanęłam. Jakieś dziecko? Postać była nieduża, skulona w sobie. Po chwili rozpoznałam ją. To była Renia, moja siostra. Machałam do niej ręką, idąc.
I ona mnie zauważyła. Szybko biegła teraz mi naprzeciwko. Spotkałyśmy się w połowie drogi, gdy wybuchnęła płaczem, zakrywając ręką buzię, by jej nie słyszano.
- Jesteś... przyszłaś.
- Czego ryczysz, głupia – syknęłam. – Zostawiłaś mnie w polu.
- Danka i dziewczyny mnie namówiły... Mówiły, że masz narobić ze strachu w gacie – przyznała. – Czekałyśmy na ciebie przy stodole... I jak nie przyszłaś, poszłyśmy cię szukać, ale ciebie tam już nie było...
Renia nie mogła już dłużej powstrzymać szlochania. Darła się na cały głos.
- Bądź cicho! Nie rycz!
- Gdzie byłaś?
- Poszłam drogą koło lasu, a potem tą, którą zawsze idziemy z grzybów.
Renata wytarła zamarzniętą rękawiczką twarz. Powoli opanowała płacz.
- Sama wróciłaś? – zapytałam.
- Nie. Danka, Ela i Jolka mnie przyprowadziły. A ciocia Janka nic o tobie nie wie. Jej powiedziały, że nas obie zaprowadzą.
- Byłaś już w domu?
- Tak, ale tylko na schodach, przed mieszkaniem. Sprawdziłam, czy na półce stoją twoje buty. Nie stały, więc przyszłam tu przed bramę i czekam.
- Długo?
- Tak, długo – Renata znowu zaczęła chlipać.
- Głupia... Dobrze ci tak. To nie rycz teraz, bo mama pozna, że coś się stało.
- A nie powiesz jej?
- Nie.
Wielka trzymetrowa brama Domu dziecka zostawała na noc zamykana. Zbliżyłyśmy się do oddalonej o trzydzieści kroków, nieoświetlonej małej furtki.
- Otwarta? – zapytałam siostrę.
- Tak.
Nacisnęłam pomału metalową klamkę i furtka otworzyła się z piskiem. Miałyśmy szczęście, inaczej musiałybyśmy przechodzić górą przez płot.
Przystanęłam. Spojrzałam jeszcze raz na biały księżyc i gwiazdy. Noc była piękna... i bardzo mroźna.
- Mocno zmarzłaś? – zagadnęłam siostrę.
- Tak. Musiałam dwa razy iść do domu na korytarz się rozgrzać. Widziałam też mamę, która wyszła do okienka, by sprawdzić, czy już idziemy. A ty?
- Ja nie tak mocno. Cały czas szłam.
Przeszłyśmy wpierw w wąską dróżkę, wśród karłowatych drzew śliwki glupki, potem weszłyśmy na szeroką drogę, która okrążała ze wszystkich stron główny budynek posiadłości, potem koło boiska z wielkim świerkiem i wtedy prosto przed dom pracowników.
Wejście było jasne, oświetlone. Po cichu, by nie obudzić sąsiadów, weszłyśmy na nasze piętro. Tam jednak paliło się małe światło. Mama stała na korytarzu z sąsiadami, panem Zenkiem i panią Marylą.
- Trzeba będzie wszystkich obudzić, Ola. Posłać kogoś do Janki i Józka i ... – nie dokończył, gdyż mama zawołała.
- Nareszcie, jesteście! Bójcie się Boga, dziewczyny! Ja tu już łzy wylewam. Sąsiadów budzę, by poszli was szukać!
- Już dobrze, Ola – pani Maryla chwyciła mamę za rękę. – Już dobrze. Są. To najważniejsze.
Mama ocierała ukradkiem łzy z oczu. Przeprosiła ich.
- Nie ma sprawy. Najważniejsze, że nic się dziewczynom nie stało – oboje ją uspakajali.
– Mówiłam wam przecież, byście wróciły wcześniej. Same w nocy...
- Za długo się bawiłyśmy i nie szłyśmy same... – skłamała siostra, lecz nie dokończyła bliska płaczu.
- Ela, Jolka i nawet Krzychu z nami szli – dokończyłam za nią. Krzychu, najstarszy brat naszych „przyszywanych” kuzynek był dorosły, miał może już z dziewiętnaście lub dwadzieścia lat i mógł nawet przy cioci i wujku palić papierosy.
Pani Maryla i pan Zenek pożegnali się z mamą i wrócili do swego mieszkania. W naszym zaczęłyśmy mamę przepraszać. Krysia spała.
- Przepraszamy – wykrztusiła siostra, a ja jej wtórowałam.
- Zjedzcie kolację, myć się i do łóżka – powiedziała mama głosem nieznoszącym sprzeciwu.
W mgnieniu oka posłuchałyśmy, obie nie chciałyśmy kolacji. Wkrótce obie leżałyśmy już pod kołdrą.
Ja i Renia spałyśmy razem w pokoju dziecięcym w dużym drewnianym łóżku.
Leżałam jeszcze długo, nie mogąc zasnąć, udawałam jednak, że śpię. Renia chyba też udawała i też nie chciała się do tego przyznać. Nie wiem, kiedy zasnęłam, gdy w środku nocy zbudziło mnie ciche tłumione poduszką szlochanie.
To Renia znowu płakała.
- Bądź cicho, bo obudzisz mamę i Krysię – napomniałam ją szeptem. – Chyba nie chcesz, by wyszło na jaw, że skłamałyśmy?
- Miałaś narobić ze strachu w gacie... – zanosiła się płaczem coraz głośniej. – Dziewczyny mówiły, że narobisz w gacie... Miałaś narobić ze strachu w gacie – powtórzyła jeszcze raz uparcie.
- Ale nie narobiłam – odpowiedziałam dumnie.
- Wiem – Renia krztusiła się łzami, usiłując zadusić je poduszką.
Nie wiedziałam, co mam jej jeszcze powiedzieć, by przestała płakać. Wyciągnęłam rękę, by pogłaskać ją po głowie. Potem się do niej przytuliłam.
- Nie szkodzi. Nie ma co.
- Nie bałaś się iść sama przez pola? – zapytała.
Pomyślałam o wilkach i o mojej modlitwie.
- Bardzo się bałam tych wilków, co psy we wsi tak szczekały – przyznałam się po chwili. – Bardzo się ich bałam i płakałam... i modliłam się do Boga, by mnie uratował...
- Naprawdę płakałaś?
- Tak. Mocno.
- To jak dałaś radę sama iść?
- Myślę, że Bóg posłał do mnie swego anioła... i nie szłam już sama, tylko razem z nim... Jak w modlitwie: Aniele Boży Stróżu mój – starałam się jak najciszej recytować.
Renia opanowała płacz i teraz razem dokończyłyśmy:
- Ty zawsze przy mnie stój. Rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze do pomocy. Broń mnie od wszystkiego złego i doprowadź do żywota wiecznego. Amen.
Jeszcze długo tej nocy leżałyśmy przytulone do siebie, nie mogąc zasnąć. Nie wiem o czym myślała siostra. Ja jednak myślałam o tym, czy wilki naprawdę za mną szły?
Czerwiec 2023

"Kiedy słowa tracą swoje znaczenie, ludzie tracą wolność".
Konfucjusz
Legenda o śmierci generała Wu Mang Ao i jego dzielnych żołnierzy.
A ja Wam mówię: Najlepszym przywódcą zostaje ten, którego istnienie pozostało niezauważone.
Z jednej z zaginionych ksiąg Początku Tao, spisanych przez Lao- tze*.
Dawno, dawno temu, w dalekim kraju na wschodnich krańcach ziemi, żył pewien cesarz, który podbijając sąsiadujące z nim ludy, stworzył tak wielkie imperium, że zaczął uważać siebie za równego bogom. Podczas jego rządów, zginęły z jego ręki setki tysięcy ludzi. I choć był teraz władcą wielkiego państwa, które swym pięknem przewyższało wszystkie inne kraje, to nie był jednak szczęśliwy. A to dlatego, że zapragnął posiąść życie wieczne.
Miał liczne wojska i wielu dowódców. Ci służyli mu wiernie. Cesarz mógł nimi rozporządzać, jak tylko zechciał.