Opowiadania II
Legenda o śmierci generała Wu Mang Ao i jego dzielnych żołnierzy.
To jest pierwsze opowiadanie (legenda), które napisałam. Zapraszam do starożytnej Azji Wschodniej, dokładniej do Pierwszego Cesarstwa Chin!
Legenda o śmierci generała Wu Mang Ao i jego dzielnych żołnierzy.
To, czego nie nazwano, dało początek Niebu i Ziemi.
To, co dostało imię, zrodziło dziesięć tysięcy rzeczy.
A na Ziemi i na Niebie, pojawiły się różne zjawiska i Taiyi*
i inne bóstwa.
Te dały początek wielkim przemianom
i wszechświat stał się doskonały.
Jednakże nie na długo, gdyż ci, co żyli na Ziemi,
zapragnęli być równi tym, którzy są w Niebie...[...]
A ja Wam mówię:
Najlepszym przywódcą zostaje ten,
którego istnienie pozostało niezauważone.
Z jednej z zaginionych ksiąg Początku Tao, spisanych przez Lao- tze*.
Dawno, dawno temu, w dalekim kraju na wschodnich krańcach ziemi, żył pewien cesarz, który podbijając sąsiadujące z nim ludy, stworzył tak wielkie imperium, że zaczął uważać siebie za równego bogom. Podczas jego rządów, zginęły z jego ręki setki tysięcy ludzi. I choć był teraz władcą wielkiego państwa, które swym pięknem przewyższało wszystkie inne kraje, to nie był jednak szczęśliwy. A to dlatego, że zapragnął posiąść życie wieczne.
Miał liczne wojska i wielu dowódców. Ci służyli mu wiernie. Cesarz mógł nimi rozporządzać, jak tylko zechciał.
Jednym z nich był generał Wu Mang Ao*.
Pewnego lata Wu Mang Ao i jego żołnierze dostali od niego rozkaz udania się na nieznany im dotąd posterunek. Przebyli w poprzek rozległą dolinę Wei*, przechodząc blisko pierwszej stolicy Qin, Xianyjang* do Xi’an* i tam zatrzymali się na wskazanym im miejscu.
Oprócz potężnej baszty i jakiś wielkich zabudowań, które z daleka przypominały fortyfikacje muru, oraz skał i piasków, nie było tam nic. W koło widać było szereg nieokreślonych rowów i dołów, a przy nich ogromne stosy zgromadzonego materiału budowlanego.
Do tego miejsca nie prowadziła żadna z dróg. Od czasu jak zeszli z traktu Linma*, jechali tylko przez szerokie pola.
Z najwyższych pięter baszty, przy której wykopana została fosa na wodę, widać było całą okolicę. Z jednej strony górę Lishan* a z drugiej, rzekę Sha*, która wpływała do Wei*. Gdzieniegdzie rosły karłowate drzewa i rozłożyste krzewy, z szeregiem drobnych gałęzi, z mnóstwem ostrych kolców. Wkoło nich roiło się od much, komarów i innych owadów. Nie wiadomo było, co je tutaj wszystkie ściągało. Wokół tych budowli, nie było widać żadnych upraw, żadnych zwierząt i żadnych śladów jakichkolwiek domostw.
Słońce paliło niemiłosiernie, ale wojsku kazano czekać w polu i nie pozwolono im wjechać do obozu. Nikt nimi nie rozporządził i nic więcej im nie powiedział. Jakiś urzędnik cesarski przyjął Wu, przeczytał od niechcenia wręczony mu rozkaz i popatrzył na generała.
- Proszę poczekać. – Wstał ze swojego fotelu, podszedł do otworu okiennego i rzekł od niechcenia, wskazując na niedalekie wzgórze nieopodal miejsca, gdzie oddziały Wu już stały. – Na tym pagórku możecie zająć dogodne dla was pozycje lub zostańcie tam, gdzie już jesteście...
- W tym żarze, bez możliwości schronienia w cieniu? - zapytał zdziwiony Wu, któremu nie za bardzo się to spodobało, że po przebyciu tylu kilometrów, musi ze swoimi ludźmi, nadal stać na spalonym słońcem wzniesieniu, bez kwatery, bez picia i bez posiłku.
Urzędnik nie był jednak już więcej nim zainteresowany. Znowu usiadł, obrócił się do niego plecami i szukał czegoś w szufladkach swych szafek.
- Jestem Wu Mang Ao, generał cesarski. Jestem tu z polecenia samego kanclerza, Li Si* – oburzył się żołnierz. Nie zdążył nawet dodać jeszcze wszystkich tytułów i grzeczności, gdy urzędnik skierował się znowu do niego i mu przerwał.
- Wiem o tym, generale Mang Ao – odpowiedział. - Słyszeliście, trzeba czekać. - Położył nacisk na słowo „czekać”.
Potem jeszcze raz spojrzał łaskawie na Wu.
- Nadzorca cesarski przybędzie dopiero dziś wieczorem. - Zastanowił się teraz przez chwilę. Co ma jeszcze temu wojskowemu powiedzieć? „Zawsze myślą, że są najważniejsi” - przeszło mu przez myśli.
– I wtedy może was przyjmie – dodał z niechęcią.
Powiedziawszy to, nie poświęcał mu już więcej uwagi i pochylił się nad swą pracą. Potem wyszedł i zostawił Wu samego.
Sługa, który stał przy drzwiach, pokłonił mu się nisko, gdy ten na niego spojrzał. Wu wiedział, że od tego człowieka nie dowie się już niczego więcej, ten nie miał bowiem języka.
Wyszedł, rozejrzał się po dziedzińcu i zobaczył zbiorniki z wodą. Zbliżył się do nich. Straż stojąca przy nich potwierdziła, że są pełne. Ucieszył się, lecz nie na długo, gdyż żołnierze poinformowali go, że ta zostanie rozdana dopiero wieczorem, gdy się wszyscy zbiorą.
– Jacy wszyscy? - Próbował się czegoś więcej dowiedzieć. – Kto jeszcze ma tu przybyć? – Pytał, próbując się zorientować, po co tu w ogóle są. Jednakże w tej chwili podeszli do nich jacyś obcy kapłani niższego rzędu i żołnierze zamilkli.
Wu nigdy dotąd nie widział ich zakonu. Ci jednak, nie zwracając uwagi na jego stopień, zaczęli bezczelnie do niego krzyczeć, próbując go cofnąć w stronę prowizorycznej bramy.
Wu nie miał ochoty wdawać się w spory lub bójkę z nieznajomymi. Ponadto nie wiedział, kim naprawdę byli i jaką funkcję tu pełnią. Odwrócił się więc od nich, dosiadł konia i pogalopował do swoich.
Nie znał celu swej misji, nie wiedział, jakie ma zadanie i co to jest za miejsce?
Przybył tutaj z całą swą konnicą, piechurami i z dodatkowymi zaprzęgami i rydwanami. Wiódł też ze sobą powóz samego cesarza, Qin Shi Huangdiego*, jedną z jego karoc z czterema końmi, którą tylko cesarz mógł używać. Dowodził dwu tysiącem podwładnych mu żołnierzy, nie licząc koniuchów.
Z rozkazu wynikało tylko, że mają się tutaj zameldować.
Zmęczeni daleką drogą żołnierze usadowili się pośród krzaków, rozbili obóz, rozjuczyli konie i rozpalili ogniska.
Nadeszła noc. Nikt poza nimi się już tego dnia nie zjawił. Dostali więc wodę, przydział ryżu i warzyw. Generał zastanawiał się nad tym, jakie rozkazy tu dostanie, lecz nie umiał znaleźć przyczyny, dla której tu przybyli. Jego duszą targały niejasne przeczucia. Nie to, że był nadmiernie ciekawy, lecz jakiś nieokreślony niepokój wdzierał się mu do serca.
Nad nim jaśniało niebo pełne gwiazd. W trawach było słychać cykady i ciche rozmowy idących spać. Konie stały spokojnie. Leżeli już na swoich kocach, gdy jego jeszcze bardzo młody adiutant, Li Chieng, wyciągnął zza pazuchy flet. Uciszyli się, jak tylko zaczął grać. Zagrał tęskną starą melodię, znaną im z dzieciństwa.
Wu powędrował myślami po równinach Shaanxi*, do miasta Yong*. Tam, w małym dworku na przedmieściu, wśród wysokich topól, jesionów i wiązów, czekali na niego, ukochana żona, syn i dwie córki.
Tak rzadko ich widywał. Już ponad dwadzieścia lat służył cesarzowi, wojna za wojną, potyczka za potyczką. Oni zaś każdego dnia wypatrywali jego powrotu. Ucieszył się, że niedługo zostanie zwolniony z czynnej służby, uda się do ukochanego domu i weźmie ich w ramiona. Zawiezie żonie i córkom piękne prezenty a synowi podaruje miecz i zbroję.
- Ach, jakie szczęście – szepnął do siebie, tak, aby nikt go nie usłyszał. – Powrócę do was i już będziemy zawsze razem. Wpierw wybierzemy się wszyscy na świętą górę Taibai Shan* i złożymy tam bogom ofiarę dymną i podziękowanie.
Zmęczenie dało o sobie znać i Wu zasnął.
***
Rano, gdy wstał, zauważył, że wojska zaczyna przybywać. Przybyły zapowiedziane przez strażników wody oddziały.
Zajmowały one miejsca na przyległych wzgórzach.
Patrzył ze swymi żołnierzami na tamtych, jak kierowani byli przez nieznanych kapłanów i szamanów, których już wczoraj poznał. Tłoczyli się teraz między ciernistymi krzewami. Rozpoznawał kolory ich sztandarów i proporców.
Przybyli inni generałowie z ciężką infanterią, z kusznikami, z lekką piechotą z pikami i jeden ze strategów, z wszelkiego rodzaju bronią.
Znał ich, wszyscy oni byli przednimi dowódcami, doświadczonymi w boju. Choć w głębi duszy ucieszył się na ich widok, to jednak znowu coś mrocznego i niepokojącego wdarło się w jego serce. Ta sama nieokreślona trwoga, która już wczoraj go naszła.
„Po co tu wszyscy przybyli?” – pytał się sam siebie.
Starał się przypomnieć sobie wczorajszy dzień i wszystkie jego szczegóły. Przebiegał na nowo wszystko w myślach: niewykończony mur i basztę, niechlujne budy sklecone na jego podwałach, tych dziwnych szamanów, urzędników niższych rangą, architektów cesarskich i wszystkich jeńców i chłopów, zakutych w żelazne kajdany, strzeżonych przez najgorszych opryszków z cesarskiej straży.
„Z kim mają tu walczyć, w samym sercu Qin?”
Jak mu było wiadomo, nie było tu żadnych buntowników, czy wrogich armii. Nie w tych stronach. To był ich dom, stąd pochodzili.
Razem z cesarzem, podbijał od samego początku, sąsiadujące z nimi ludy z sześciu krajów: Wpierw anektowali Han*, Zhao*, Wei* i buntownicze królestwo Chu*. Potem dotarli do Yan* i Qi*, by przez ich zniewolenie powrócić do ojczyzny. Oni wszyscy brali udział w połączeniu tych ziemi i ludów, w powstaniu Państwa Środka, pierwszego wielkiego Cesarstwa Chin*.
Znużony ogromem myśli, zasiadł do posiłku, który przygotował mu Li Chieng. Chciał się oderwać od ponurych przypuszczeń, lecz nie mógł.
Przypomniała mu się naraz droga z Qin do prowincji Shandong*, do miasta Zaozhuang*. Tam spotkał mistrza Xun Kuanga*, który szerzył nauki wielkiego Konfucjusza. Jego i wszystkich jego uczniów, zaprowadzili wtedy na śmierć.
Tak, jakby ten sam teraz przed nim stanął, przypomniał sobie, ostatnią z nim rozmowę. Mistrz Xunzi*, choć wiedział, że idzie na śmierć, mówił do niego spokojnie i z wielką pokorą.
- Przed śmiercią przypomnij sobie moje słowa, to co tobie mówiłem... Widzę, że jesteś szlachetnym człowiekiem, a taki wymaga od siebie dyscypliny, nawet w obliczu śmierci. Jesteś wprawionym przywódcą. Taki jednak nie tylko jest stanowczy, lecz wypowiada także do innych dobre słowa. Przede wszystkim jednak zawsze troszcz się o swoje cnoty, byś nie utracił swej godności.
Dlaczego słyszał je znowu?
Wiedział od dawna, że śmierć mistrza Xunzi wywarła na nim wielkie wrażenie, a jego nauki zapuściły korzenie w jego duszy. Skrywał je przed wszystkimi, w najbardziej niedostępnych zakątkach serca. Wiedział, że jakakolwiek sympatia dla zwolenników Konfucjusza, oznaczała na dworze cesarza śmierć.
Stary człowiek, w ostatniej chwili, włożył mu jeszcze do kieszeni jego munduru list swego nauczyciela. Wu czytał go później często potajemnie na postojach. Ten zaczynał się słowami: „Największym powodem do chwały nie jest nigdy nie upaść, ale umieć podnieść się za każdym razem, kiedy upadniemy...”
Wraz z całym sztabem i najbardziej wiernymi druhami, weszli potem na świętą górę Tai Shan*, by modlić się do bóstw Nieba. Duszą Wu szarpały wewnętrzne walki i zwątpienie. Pogrzebali wtedy żywcem tylu uczonych i mnichów, że ich dusze płakały w skrytości. Po tym wszystkim prawie się załamał. Wu chciał wtedy stamtąd uciec, zostawić wszystko za sobą i zacząć nowe życie bez przemocy. Zapomnieć o służbie i obowiązkach. Jednakże był żołnierzem. Musiał walczyć dalej z nadzieją, że kiedyś skończy się wojna, nastanie pokój i powróci do domu.
Generał ocknął się znowu z nawału wspomnień, kazał dać sobie konia, dosiadł go i pogalopował w stronę najbliżej stojących żołnierzy.
Do stojących tam jednostek nie mógł jednak się dostać. Jakiś ważny eunuch dworski, w biało- czarnym odzieniu, bogato przyozdobionym złotymi wzorami, zastąpił mu drogę i pokazując najwyższego rodzaju pełnomocnictwo i pieczęcie cesarskie, kazał mu zawracać. Nakazał też, by nikt się nie ruszał z wyznaczonych miejsc. Wu starał się przypomnieć jego imię, lecz nie mógł. Rozpoznawał jego twarz i wiedział, że widywał go na dworze cesarskim, od czasu powrotu z Shandong*.
Wielu nowych i mu nieznanych ludzi starało się zdobyć względy cesarza. Wielu różnego rodzaju kapłanów, magów i szamanów, nieznanych lub mniej znanych kultów, przybywało na dwór, zwabionych chęcią świetlanej kariery. Było też wśród nich wielu szarlatanów, którzy zajmowali się naukami tajemnymi lub uprawiali zakazane i niebezpieczne kulty i rytuały.
Generał musiał usłuchać. Wrócił więc do swoich żołnierzy, nakazał im zająć się wypasem i ujeżdżaniem, umyć i wyszczotkować konie, wyczyścić i zabezpieczyć zaprzęgi i uprzęże. Mieli też zadbać o siebie i swoje uzbrojenie, ponaprawiać zbroje i umundurowania, wyczyścić broń.
Nieznany kastrat przysłał im po południu, przez swoich ludzi, nowe sztandary, proporce i flagi. Te były zapakowane w drogie, bogato pokryte reliefami skrzynie z czarnych drzew hebanowych. Wszystkie chorągwie były czarno- białe. Prócz białych symboli dynastii Qin, wyszyte były na nich też czarne znaki, prawie takie same, które Wu widział w Lai’an*, na półwyspie Shandong, kiedy z cesarzem składali ofiary.
W Lai’an spędził on na dworze Qin Shi Huangdiego trzy miesiące. Tam też po raz pierwszy usłyszał niesamowite opowieści o Wyspach Nieśmiertelności. Podobno rosły na nich zioła długiego życia, z których można było przyrządzić eliksir, dzięki któremu można było żyć wiecznie.
Serce Wu znowu przepełnił niepokój. To nie były dobre czasy, nie wspominał ich chętnie, pełne niezbadanych nauk i zabobonów. By odpędzić złe myśli i niedorzeczne odczucia, chodził i sprawdzał, jak mają się prace. Rozmawiał z żołnierzami, pytał o ich rodziny i domy, zachęcał do pracy i chwalił.
Nadal nie pozwalano im oddalić się ze swych miejsc.
Wieczorem Li Chieng znowu grał. Dziś bawiono się przy wesołych melodiach i przyśpiewkach. Żołnierze żartowali, śpiewali, a niektórzy tańczyli. Opowiadano o różnych przeżytych wspólnie przygodach.
Wu pozostawił wszystkich w dobrym humorze i poszedł do koni. Przechodząc przez ich szeregi, głaskał je i poklepywał po karkach. Otoczony końmi podniósł głowę do góry, nie potrafił wytłumaczyć sobie swych lęków. Wpatrywał się długo w ciemnogranatową, gwiezdną przestrzeń, aż zadrżał na całym ciele. Zapłakał bezgłośnie. Łzy spływały po spalonych słońcem policzkach. Wtedy poczuł na ramieniu, jakiś delikatny dotyk. Odwrócił się spłoszony, że przyłapano go w chwili takiej słabości. To była tylko jego klacz, podeszła do niego i pochylając się nad nim, cicho zarżała. Wu wziął ją w ramiona, objął mocno i wtulił twarz, mokrą od łez, w jej bujną grzywę, by nikt nie słyszał jego łkania.
Tę noc spędził z końmi w polu, wznosząc modlitwy o ocalenie swej duszy i dusz swoich żołnierzy.
***
Następnego dnia, już z rana przywieziono rozkazy. Wszystkie oddziały miały udać się natychmiast na wskazywane im przez posłańców miejsca. Przerwali więc odpoczynek i ruszyli za przewodnikami w drogę.
Ta nie była długa.
Za paroma pagórkami ukazały się im liczne ogromne i równolegle przebiegające korytarze, wykute w skałach lub wykopane w ubitej ziemi. Te były wysłane wypalanymi cegłami i umocnione z boków ogromnymi wałami, z potężnymi belkami z drzew, które mogłyby udźwignąć ogromne konstrukcje stropowe. Boki rowów wzmocniono zaprawą murarską, a ubita ziemia była twarda jak cement.
Czegoś takiego, jeszcze nikt z nich nie widział.
Zatrzymali się przed nimi, jakby nie byli pewni, co mają dalej zrobić. Wydano rozkaz, by do nich wjechali.
Wu zadrżał, gdy go usłyszał. Więc jego obawy się spełniły. Teraz był już o tym przekonany, zostali przeznaczeni na ofiarę.
„Jak przyjdzie im jednak zginąć? Co stanie się po tym, jak wjadą do tych zimnych dołów? Co nastąpi potem? Jaką śmiercią umrą?” - do jego głowy cisnęło się na raz pytanie za pytaniem.
Objął zwrokiem całą okolicę. I mimo tego, że znał się na wszystkich tajnikach walki, przyglądając się tym glinianym jamom, nie mógł odgadnąć przyszłych przyczyn swej i innych śmierci.
Posłuszny jednak rozkazowi, stanął w strzemionach i skierował lancę w stronę schodzących do ziemi drewnianych trapów i ramp, wydając komendę wjazdu. Wjechał jako pierwszy, wodząc na krótkich lejcach klacz na wąskiej kładce. Klepał ją po bokach, czule do niej przemawiając. Ta bowiem czując to, co on czuł, nie chciała dobrowolnie zejść na dół.
Za nim zeszli kolejno jego żołnierze a potem koniuchy ostrożnie wprowadzili po kolei pozostałe konie, rydwany, zaprzęgi i karocę boskiego cesarza. Cała konnica jako pierwsza znalazła się w głębokich rowach.
Korytarze miały głębokość do czterech metrów, tak, że wjeżdżając w nie, stracili z oczu innych. Zajmowali miejsca w pomieszczeniach, wskazane im przez obcych kapłanów. Ci biegali po grubych umocnieniach, wydając dalsze polecenia.
Przez szeregi jego ludzi przeszedł złowrogi szmer. Wu uciszył ich.
Mijały godziny.
Zaraz po nich wchodziły do rowów inne jednostki: infanteria, kusznicy i lekko uzbrojeni.
Do środkowo położonych pomieszczeń zwołano generałów i stratega.
Potem nieznani kapłani usadowili się z przodu dołu, na wysokich wzmocnieniach. Teraz zjawił się też czarno- biały rzezaniec.
Wu stał na przedzie, obok niego jego młody adiutant, Li Chieng i potem inni z cesarskiego sztabu. Wszyscy patrzyli w napięciu w górę, nasłuchiwali zawołań i powtarzających rozkazy, niższych rangą szamanów. Nikt nie ośmielił się ruszyć, nikt nie był w stanie wymówić choć słowa.
W innych korytarzach i szerokich kamiennych gankach zostali umieszczeni żołnierze, a koniuchy próbowali uspokoić konie, by te się w ciemnych i zimnych dołach nie spłoszyły.
Wtedy eunuch zakrzyczał.
- Z rozkazu boskiego cesarza Qin Shi Huangdiego, będziecie tutaj stać, gotowi do boju, do pierwszej godziny dnia! Zachować szyk! Zachować czujność! Zabroniony jest jakikolwiek odpoczynek lub jakiekolwiek zepsucie szeregów!
Po tych słowach opuścił pośpiesznie wały. Za nim odeszli też i jego kapłani.
Żołnierze pozostali sami. Stali oniemieli, nikt nie wiedział, co ma robić. Wu musiał dojść do siebie. On był najdłużej w służbie cesarskiej, najbardziej doświadczony i najwyższy rangą. Wyprostował się.
Niebo nad nimi zaczęło czernieć, nadchodziła noc.
„Do pierwszej godziny dnia” - Wu powtórzył w myślach słowa eunucha. – „To znaczy, całą noc”. - Ciągle jeszcze nie przychodziło mu nic na myśl. - „W jaki sposób umrą w tych dołach?”
Wciągnął głęboko powietrze. Pomyślał, co ma im powiedzieć. Potem zaczął krzyczeć, z nadzieją, że wszyscy go usłyszą.
- Drużyno moja, bądźcie gotowi na śmierć! Zachowajcie w swych sercach pokój! – tu zrobił przerwę. - Byłem wam jak ojciec. Znacie mnie. Prowadziłem was do boju i teraz zaprowadzę was na śmierć! Wymagam od was w tej chwili bezwzględnego posłuszeństwa! Znacie moją surowość, ale też moją miłość do was! Z rozkazu boskiego cesarza Qin Shi Huangdiego mamy tu stać gotowi do boju! Z kimkolwiek nam przyjdzie tu walczyć... To będzie na pewno nasza ostatnia bitwa... Uczcijcie swych przodków! Pomyślcie o swych duszach!.
Przerwał. Odetchnął. Nadal nikt się nie ruszał, nikt nie protestował, nikt mu nie zaprzeczał.
- Jeśli dziś, tutaj, skończy się nasza droga, to wiem, że nasze dusze przetrwają, że Taiyi i wszyscy bogowie Nieba, uznają nas godnych tego, byśmy się mogli ponownie narodzić... – głos zadrżał mu, gdy wypowiadał ostatnie słowa.
Wu poczuł, że nie będzie w stanie do nich długo mówić, więc zakrzyknął w kierunku innego korytarza, gdzie stał jeden z jego kaprali, którego znał od początku służby w armii, Li Shou.
- Li Shou, przyjacielu! Od dwudziestu lat walczymy ramię przy ramieniu. Przeszliśmy razem przez niejedną biedę... Zawsze mogłem na ciebie liczyć... Nieraz uratowałeś mi życie... Kiedy ostatnio byłem u ciebie w domu, to twoja najmłodsza córka Chen Lu podawała mi herbatę. Myślałem o tym, jak piękna z niej będzie kobieta, jak urośnie, i jakim wdziękiem i mądrością ją bogowie obdarowali. Opowiedz o niej!
Li Shou zaśmiał się krótko i ciągnął dalej, zaczętą przez Wu rozmowę. Wszyscy inni słuchali. Wu nie mógł już ani słowa z siebie wydobyć. Wewnętrzny ból i strach przed utratą duszy ścisnęły mu gardło.
Teraz mówili inni, jeden po drugim. Opowiadali o swych rodzinach, domach i wioskach, skąd pochodzą. Jeśli przyjdzie im umrzeć, to wiedzieli, nikt z nich, nie był teraz sam. W korytarzach było wyraźnie słychać każde słowo, jakby sami bogowie niebiańscy chcieli ich słyszeć.
Tak minęła im noc.
Jeszcze słońce nie wzeszło, gdy usłyszeli nadchodzących ludzi. Zamilkli. To był eunuch.
Wu przypomniał sobie teraz, w jakich okolicznościach widział tego człowieka. To był jeden z tych, którym udało się, w ciągu ostatnich miesięcy, wkraść w łaski cesarza. Omamiał on go swymi opowiastkami o eliksirze nieśmiertelności i zapewniał, że może dać mu życie wieczne.
Wu zrozumiał teraz trwogę w swym sercu i lęki, które paraliżowały jego myśli od chwili, gdy tu zobaczył tego człowieka.
Kapłani otoczyli stojących w podziemnych korytarzach żołnierzy.
Wu nie wiedział, co zamierzają, lecz jeszcze raz głośno zawołał.
- Żołnierze, nie bójcie się, cokolwiek teraz nastąpi! Towarzysze, bądźcie gotowi na śmierć! Wybiła godzina naszej śmierci! Zaufajcie bogom naszych przodków!
Chłopi i jeńcy wojenni, których przedtem widział, zaczęli znosić drzewo na całopalenie. Biegali szybko nad głowami żołnierzy, słychać było ich pojękiwania i łoskot kajdan u ich nóg. Zaczęli znosić kotły na ogień i spreparowane pochodnie. Zapachniało żywicą i jakimiś duszącymi olejkami eterycznymi.
Eunuch ubrany był tym razem w czerwono- czarne szaty, szedł dostojnym krokiem, przy głośnych dźwiękach cymbałów i grzechotek, w które uderzali jego szamani. Ich twarze pomalowane były sadzą. Tak, że widać było tylko ich oczy. Byli na wpół nadzy, mieli na sobie tylko proste koszule o ciemnoczerwonej barwie, sięgające do kolan. Coś w rodzaju krótkich kaftanów. Ich ręce i ramiona, a także nogi od stóp do ud, pokrywała czarna farba.
Rozpoczęli nieznaną ceremonię wprowadzającą ich w stan ekstazy.
Eunuch wzniósł ręce w górę i zaczął wypowiadać jakieś niezrozumiałe słowa. Niektórzy szamani, zebrani koło niego, bili w cymbały, inni wielkimi drewnianymi grzechotkami po swoich udach. Coraz szybciej i szybciej, w śpiewny rytm słów eunucha. Ruchy ich rąk i ciał przypominały taniec zranionych ptaków. Stojący pomiędzy nimi pomocnicy, z zapalonymi pochodniami byli odurzeni jakimiś substancjami, gdyż wymachiwali ogniem, bez obaw, że siebie samych podpalą. Wijąc się, jak w konwulsjach, podawali je, jedną za drugą szamanom a ci dalej innym.
W nozdrza żołnierzy biła woń ich spalonej skóry i smród użytych olejów.
Wu zamknął oczy i myślami powędrował do miasta Yong, do swych najbliższych, gdy poczuł ból w prawej dłoni i nadgarstku. To był Li Chieng. Chłopak chwycił się za jego rękę i ze strachu, wbił się w nią paznokciami.
Wu uwolnił rękę z uścisku młodzieńca i poklepał go po twarzy.
- Li Chieng, Li Chieng, jestem z tobą! Nie bój się! – pochylił się nad nim. - Bogowie nie pozwolą, byśmy tu stracili nasze dusze! Wiem to! A ty, zagraj nam jeszcze raz, proszę. Ostatni raz. – Wu cofnął się i chwycił mocno dłoń młodzieńca, by dodać mu odwagi. – Dla nas, dla najwyższego Taiyi i całego Nieba.
Młodzik usłuchał i powstrzymując drżenie rąk, wyjął z kieszeni munduru flet, przyłożył go do ust i zagrał.
Tej melodii Wu jeszcze nigdy nie słyszał. Sam Li był nią zdumiony, nie wiedział, skąd ją zna.
Rozlegały się pełne tęsknoty, słodkie dźwięki, smutnej pieśni. I choć cymbały i grzechotki szamanów wdzierały się natrętnie do ich uszu, to nie mogły zagłuszyć niebiańskiego rytmu, zagranej na flecie melodii. Słyszeli ją wszyscy. Roznosili ją niebiańscy posłańcy i tak rozbrzmiewała ona po ciemnych korytarzach i gankach. I aczkolwiek chłopak już przestał grać, nieśli ją oni jeszcze długo w koło, na polecenie samego Taiyi.
I tak zastygli wszyscy w bezruchu, a ich dusze, pod wpływem czarnej magii, wyszły z ich ciał i zapłonęły nach ich głowami, biało- błękitnymi płomykami.
W tej chwili od północy powiał lodowaty wiatr...
***
Pieśń tę usłyszał też ptak feniks, Fenghuang* i zwabiony jej pięknem, postanowił przyjrzeć się grającemu. Rzadko ukazywał się ludziom, unikał ich bowiem. Tym razem jednak, pomimo tego, że ta zdawała się już ucichać, postanowił udać się do podnóża góry Lishan, stamtąd bowiem dochodziły jej tony.
Przyfrunął i usiadł tam na jednym z drzew Wutong, z którego mógł widzieć całą dolinę.
To, co jednak tam zobaczył, wzbudziło w nim wstręt i napełniło zgrozą...
Z silnym północnym wiatrem i oparami mroku, spadł na całą dolinę czarny gęsty deszcz. Przysłonił on wyziewami z piekła korytarze w ziemi i wdzierał się do wszystkich ich zakątków.
Fenghuang zastygł w bezruchu, wsłuchując się w głosy bogów i po chwili wiedział już, co tu się dzieje.
Tymczasem eunuch zorientował się, że otworzył już bramę śmierci, wypuszczając z czeluści piekła demona Mogwai Rén*. Ten kosił już swe żniwo.
„Za szybko to idzie, wymknie mi się spod kontroli”, zdążył pomyśleć rzezaniec i zastygł w bezruchu, zamieniając się w twardą, jak skała ziemię, nie zdążył bowiem wymówić ochronnych dlań formułek.
Mogwai natychmiast zauważył to przeoczenie.
- Jeszcze jeden naiwny – ucieszył się demon. – Chciał użyć mnie do swoich celów i tak stał się ofiarą swych niepohamowanych ambicji.
Zaraz zabrał się ochoczo do pracy. Tysiące ludzkich dusz czekało na to, aż zostaną przez niego pochłonięte.
Gdy Mogwai Rén wyssał już wszystkie dusze, pozostawił wszędzie tylko spalone skorupy ciał, a miejsce to i cała okolica zmieniły się w cmentarz. Był ze swego żniwa w pełni usatysfakcjonowany. Wziął głęboki wdech, chciał bowiem na koniec zrównać wszystko z ziemią i zatrzeć ślady swego czynu.
Fenghuang sfrunął w tej chwili z drzewa i stanął przed demonem na lodowatej powierzchni ziemi przy rowach. Demon zajęty pracą, dotąd go nie zauważył.
W żyłach ptaka gotowała się krew, jego oddech stał się płonącym żarem, a z jego nozdrzy zionął ogień, którego słupy wznosiły się aż do niebios.
- Stój! Zatrzymaj się!
Demona zaskoczyło nagłe pojawienie się ptaka. Nie spodziewał się tutaj żadnych komplikacji. Warknął więc.
- Hrrr! A, to ty? Po co tu przybyłeś?
- Po te dusze! Tych nie dostaniesz! Nie pozwolę ci na to, byś je unicestwił.
- Nie wiem, czy wiesz? Jednak tutaj wszystko jest jasne. Nie ma o czym dyskutować. Użyto zakazanej mowy. – Mogwai odzyskał teraz już swą pewność. - W tym przypadku, według odwiecznych praw Pangu, należą one jednoznacznie do mnie. Ty możesz wziąć ich ciała, zanim wymieszają się z ziemią. Tak, daję ci je, niech bogowie poznają moją wspaniałomyślność! - Uśmiechnął się przy tym, gdyż wiedział, że marna by to była dla ptaka pociecha.
Fenghuang puścił sarkastyczny ton tej uwagi mimo uszu.
- Dziękuję ci za twą szczodrość – odpowiedział spokojnie i stanowczo. – Wezmę je. Wiedz jednak, że nie pozwolę ci zabrać dusze tych żołnierzy! Przybyłem tu, by stać się ich sędzią. Samo Niebo się o nie upomina!
Wiedząc, że Mogwai Rén nie wypuści ze swych rąk raz zdobytego plonu swej pracy, przybrał postać węża z ognistymi oczami, by móc w razie potrzeby, stanąć do walki. Zaraz też przywołał swych towarzyszy z Si Ling*, innych strażników czasu i przestrzeni. Ci przybyli natychmiast i otoczyli demona ze wszystkich stron.
Takiego obrotu rzeczy Mogwai się nie spodziewał. Ich obecność przysporzy mu z pewnością problemy, przeszło mu przez myśli.
- Jakim prawem wszczynacie tu spór o te dusze? Te należą do mnie! Nie wiecie? To wam powiem. Zaczyniono bowiem eliksir nieśmiertelności. – Tłumaczył im, jakby chciał się usprawiedliwić. – Zażądano go ode mnie i cena została zapłacona.
- Możesz go sobie zatrzymać. – Zauważył smok Lóng*, który przybywając prosto z Nieba, już tam usłyszał o haniebnym uczynku czarnoksiężnika. Wiedział też, że nic nie ma za darmo i że wszyscy czterej będą musieli przeciwstawić się Mogwai Rén.
- Tak więc został on już przez ludzi zapłacony – demon nie dawał za wygraną. – Muszę więc go im oddać, jak zapisane zostało w Księgach Pangu*. Za to dostałem te dusze – Mogwai nie był co prawda mocny w słowie, znał jednak prawo. I tak postanowił teraz przystawać przy swoim. – Więc należą do mnie!
- Nie te! Tych nie otrzymasz! Te stały się bowiem miłe bogom – wtrącił żółw Gui*. – Na to ci nie pozwolimy! Możesz zabrać czarnoksiężnika i jego pomagierów albo... musisz się z nami zmierzyć i odejdziesz stąd z niczym.
Mogwai Rén znowu zaprotestował.
– Wszystkie mi się należą! Nie macie do tego prawa!
- Mylisz się. – Gui powiedział to z takim przekonaniem, że demona zaciekawiło, jakie ma argumenty.
- A to dlaczego?
- Gdyż stoisz tutaj na osi światów Pangu*, co oznacza, że sam Taiyi jest gotów z tobą walczyć. Ten zmiażdży cię swym głosem, a twoje truchło zostanie wrzucone w niebyt.
Demon zaniepokoił się, jednak nie chciał im uwierzyć. Czy było to prawdą? Czyżby Taiyi był gotów zstąpić tutaj z Nieba i walczyć z nim o parę nic nieznaczących ludzkich dusz? Od czasów pierwotnego stanu, czyli od rozbicia Jaja Świata*, jeszcze nie doszło do tego, by Taiyi sam zaangażował się w losy ludzkiego plemienia.
Tak więc nie czekając dłużej, wzbił się wysoko w powietrze i zatoczył koło nad Ziemią, by sprawdzić, czy żółw mówi prawdę.
Po chwili stanął przed nimi oburzony.
- To wasza sztuczka! Wyście przesunęli oś światów! – Wykrzyknął zły, że z niego zakpiono.
- To niedorzeczne, co twierdzisz! Pomyśl sam! My nie mamy takiej mocy – odparł spokojnie Lóng i Mogwai Rén musiał mu przyznać rację.
- Widać, że w tej sprawie całe Niebo jest przeciwko mnie — ponuro pogodził się z nową dla niego rzeczywistością. – Sam Taiyi... jak do tego doszło? – nie potrafił sobie tego wyjaśnić. Jednak nie mógł na to nic zaradzić. Wiedział, że nie wygra, jeśli sami bogowie wmieszali się w tę sprawę. A na to wyglądało.
- Tym razem... wygraliście – uspokoił się. – Muszę wam je oddać. Moja strata. To przynajmniej wezmę dusze czarnoksiężnika i tych nieszczęśników, którzy mu służyli.
Nikt się temu nie sprzeciwiał.
Mogwai Rén oddał im swą zdobycz i zabrał dusze eunucha i jego ludzi, i odszedł tam, skąd przybył. W końcu przekonał siebie, że może być i tak zadowolony, gdyż nie odchodził z pustą ręką.
Fenghuang odetchnął, obyło się bez walki.
- Co za marnotrawstwo szlachetnych dusz. - Powiedział smutnym głosem, rozglądając się w koło.
Stanął przed zastygłym ciałem Wu i żołnierzy. Przybrał znowu postać ptaka. Teraz cała czwórka przypatrywała się martwym przez dłuższą chwilę.
– Czegoś podobnego jeszcze nie przeżyłem. I do tego Mogwai Rén zostawił mi ich doczesne szczątki. – Feniks zapłakał nad ich losem. – Jeśli się na to zgodzicie, to nie pozwolę ich ciałom zmieszać się z ziemią. Ich poświęcenie nie zostanie zapomniane. Te dadzą świadectwo ich odwadze... – Zaproponował, a pozostali strażnicy Si Ling nie mieli nic przeciwko temu.
Wznieśli się więc wysoko w powietrze, a Fenghuang rozpostarł swój ogon nad korytarzami grobowca. Ten zaświecił w słońcu wszystkimi pięcioma barwami cnót, które wypełniały teraz wszystkie sztolnie. Z nozdrzy ptaka buchnęły słupy ognia i wypaliły gliniane ciała żołnierzy, by te nie zmieszały się z resztą ziemi. Tylko prochy eunucha i jego sług zmieniły się w pył, i pozostawiły po sobie czarne plamy.
Gdy znowu znaleźli się przy grobowcu, głos zabrał jednorożec Qilin*.
- Nie zapomnijcie! Jest jeszcze ten eliksir nieśmiertelności – zauważył. – Musimy go oddać ludziom, jak już stwierdził Mogwai Rén.
- Dla kogo został on zrobiony? – zapytał Gui.
- Dla Qin Shi Huangdiego – odparł Quilin.
Feniks oburzył się.
– Nie oddam go cesarzowi – zaprotestował. – Nie stanie się nieśmiertelnym, jak długo żyję!
- Według prawa musi on być jednak oddany ludziom – upierał się Quilin. – Nie możesz temu zaradzić. Nie musi jednak dostać go Qin Shi Huangdi. Możesz go też oddać jednemu z ludzi, którzy znaleźli tu śmierć. W prawie pisze: W grobie tego, który zostanie tam pochowany lub który w nim umarł.
Gui potwierdził słowa Quilina, ten najlepiej znał z nich odwieczne prawa Pangu.
- Jesteśmy tu za sprawą generała Wu Mang Ao. To on zasłużył na nieśmiertelność – zauważył żółw.
Wszyscy czterej zgodzili się, choć niechętnie oddawali nieśmiertelność ludziom. Postawili warunek, Wu musiał po przejściu reinkarnacji i ponownym narodzeniu się, jeszcze raz udowodnić w swym nowym życiu, że jest jej godzien.
Tak też, według ich woli dusza Wu przeszła przez otchłań nieistnienia i powróciła z niej na ziemię. Sam Fenghuang czuwał nad jej wędrówką.
Dusze wszystkich innych, znajdujących się w przekopach, także ocalały i każda z nich udała się ku swojemu przeznaczeniu.
Wu urodził się następnie, za panowania Dynastii Han*, jako Zhong Li Quan*. Został znowu generałem, który szukał sposobu, by stać się nieśmiertelnym. Znalazł go i stał się jednym z Ośmiu Nieśmiertelnych*... ale to już inna historia.
***
Kanclerz Li Si przechadzał się po ogrodzie w swym nowym pałacyku, w Xianyjang, kiedy oznajmiono mu, że jakiś posłaniec prosi o audiencję. Li Si, który wyraźnie na kogoś czekał, kazał natychmiast wprowadzić go do pawilonu.
Posłańcowi pozwolono wejść. Ten upadł przed dostojnikiem na kolana. Li Si uniósł rękę na znak, że może mówić.
- Nikt nie przeżył, dostojny Chengxiang* - powiedział krótko mężczyzna, nie unosząc głowy.
Kanclerz głośno wciągnął powietrze przez nos.
- Możesz mówić dalej.
- Zastaliśmy... - mężczyzna zawahał się, jakby szukał słów. – Raczej, nie zastaliśmy nikogo przy życiu. Cała okolica grobowca została jakby wypalona ogniem. Wszyscy zginęli. Także ludzie z niedalekiego posterunku.
- A dostojny Liang Shung, z kraju Rong*? Czy jest od niego jakaś wiadomość?
- Nie! Sądzę, że i on nie żyje tak jak inni, dostojny Chengxiang. – Sługa nie był tego pewien. – Wszystko w całej okolicy grobowca zostało doszczętnie zniszczone, jakby przeszedł tam jakiś huragan i ogień... Jednak same konstrukcje grobu pozostały nietknięte. Nie spotkaliśmy jednak nikogo żywego... na wzmocnieniach murów odkryłem tylko pozostawiony sprzęt i wypalone czarne plamy. Jednakże w korytarzach samego grobu... martwi żołnierze.
Kanclerz był wyraźnie rozczarowany. Nie spodziewał się takich wiadomości.
- Tak więc sądzisz, że proces dyfuzji i ekstrakcji eliksiru nieśmiertelności z dusz żołnierzy nie miał powodzenia?
- Sądzę, że nie, dostojny Chengxiang. Musielibyście sami to zobaczyć. Nie wiem, jak mam wam to opisać...
Rozmawiali jeszcze z godzinę. Li Si postanowił nazajutrz sam udać się do Xi’an.
Dzień był pogodny.
Już w obrębie około dziesięciu kilometrów od miejsca wydarzeń Li Si zobaczył skutki katastrofy. Na miejscu okazało się, że konstrukcje dołów pozostały nienaruszone, jak to już zauważył sługa.
Li Si wyskoczył przy nich z pojazdu. Szedł całą drogę z tym samym posłańcem pieszo. To, co widział, odbierało mu dech w piersiach. Przystawał często, przez cały czas milczał.
W korytarzach przyszłego grobu Qin Shi Huangdiego stali rzędami jego żołnierze. Wszyscy ci, których on sam tu przysłał. Wydawało mu się, że rozpoznaje ich twarze. Potrafił zidentyfikować ich jednostki. Zastygli oni jak posągi z gliny, wykonane przez rzemieślników i wypalone w piecach. W swoich rękach trzymali broń. Tysiące mężczyzn gotowych do boju, z końmi, bronią i zaprzęgami.
Kanclerz przystanął nagle przy środkowym pomieszczeniu, gdzie rozpoznał swych generałów i stratega.
Oznajmił posłańcowi, że chce tu jeszcze pobyć w samotności i wydał rozkazy.
- Przyślijcie znowu ludzi, niech wybudują nowy posterunek. Zatrudnijcie nowych więźniów i chłopów, niech ci natychmiast zamkną tę część grobu Qin Shi Huangdiego. A potem pogrzebcie wszystkich tych, którzy to widzieli.
Sługa pokłonił się mu i odszedł.
Li Si stał teraz przy głównej kwaterze i korytarzach i patrzył na oficerów cesarza. Na koniec padł na kolana i oddał im cześć.
***
Dopiero po ponad dwóch tysiącach lat innego czasu, odkryto grób żołnierzy z Xi’an.
Stali oni na warcie, tak samo, jak w dniu swojej śmierci, w korytarzach grobowca Pierwszego Cesarza Chin, Qin Shi Huangdiego.
Jego terakotowa armia.
Marzec 2022
Objaśnienia według Wikipedii:
Taiyi* - główny bóg taoizmu,
Lao- tze*- Laozi (wym. [ˈlaʊˈdzʌ] – półlegendarny chiński filozof, twórca taoizmu,
Mang Ao* - jeden z dowódców Qin Shi Huangdiego, nic o nim nie wiadomo poza jego imieniem,
Wei*- dolina w Qin, także i rzeka
Qin- królestwo w Chinach, ojczyzna Qin Shi Huangdiego,
Xianyjang*- Stolica Qin,
Xi’an*- miejscowoćść (w współczesnych Chinach),
Linma*- szeroki trakt, jedna z dróg zbudowanych przez cesarza Qin Shi Huangdiego,
Lishan* góra w Qin,
Sha*- rzeka, wpływa do Wei,
Li Si*- kanclerz cesarski Qin Shi Huangdiego*,
Qin Shi Huangdi* - Pierwszy Cesarz Qin (chiń. Qin Shi Huang; ur. 259 p.n.e., zm. 210 p.n.e.),
Shaanxi*- równina w Qin,
Yong*- starożytne miasto w Qin, dziś nieistniejące,
Han*, Zhao*, Wei* i buntownicze Chu*, Yan* i Qi* - chińskie królestwa podbite przez Qin Shi Huangdiego, potem prowincje jego cesarstwa,
Xun Kuang*- szerzył nauki Konfucjusza, jego uczeń, zwany Mistrzem Xunzi*, zginął zakopany żywcem z innymi 550 uczniami w prowincji Shandong*, jego grób znajduje się w mieście Zaozhuang*,
Lai’an*- miasto na półwyspie Shandong, Qin Shi Huangdi miał tam jeden ze swoich pałaców,
z chińskiej mitologii według Wikipedii i innych przeczytanych przeze mnie książek:
- Oba światy, świat wiary i mityczny funkcjonowały w kulturze chińskiej równolegle.
- W mitologii chińskiej Pangu był pierwszą żywą istotą na ziemi.
- Z pierwszego, nieokreślonego bliżej stanu pierwotnego wszechświata wyłonił się nam znany świat. W akcie stworzenia wszechświat przybrał formę tzw. Jaja Świata.
- Odpowiednikiem Pangu w religii Tao jest bóstwo Taiji (Taiyi).
- Si Ling są to cztery potężne lub magiczne i obdarzone duszą istoty, cztery święte lub cudowne zwierzęta 1. chiński feniks – Fènghuáng, przynosi szczęście, kocha muzykę, Jego długie, kolorowe upierzenie symbolizuje „pięć świętych kolorów”, pięć cnót: dobro, sprawiedliwość, przyzwoitość, mądrość, lojalność i wiarygodność.
2. smok – Long
3. żółw – Guī
4. chiński jednorożec – Qílín
- Mogwai jest to chiński demon (Mogwai Rén- mój chiński demon, Rén- oznacza w alfabecie chińskim osobę).
- chińska dynastia Han (206 p.n.e.–220 n.e.) była drugą dynastią cesarską Chin, po dynastii Qin (221-206 p.n.e.)
- Zhong Li Quan- generał, patron żołnierzy, jeden z Ośmiu Nieśmiertelnych.
- Chengxiang – chiński tytuł „kanclerz”
- Rong*- starożytne państwo na północnym zachodzie od Qin, uważane przez narody chińskie za barbarzyńskie
